Tymon Tymański: mam do siebie szacunek [wywiad]

kasiaro
19.04.2008 13:48

Tymon Tymański, fot. Rafal Malko / Agencja Wyborcza.pl

Zgodnie z obietnicą , o Tymonie Tymańskim z Tymonem Tymańskim...

Rynek muzyczny w Polsce. Jak przedstawia się sytuacja, jeśli chodzi o młode zespoły na chwilę obecną?

Myślę, że sytuacja jest zaskakująco dobra. Pojawiło się zielone światło, jeśli chodzi o media i wydaje mi się, że tych kapel jest znacznie więcej. Po latach bezhołowia pojawiło się kilka ciekawych zespołów.

Jak Ty - człowiek, który ma na barkach wytwórnię płytową (Biodro Records), pisze do różnych dzienników, robi program telewizyjny, kręci filmy, majstruje coś przy teatrze - się w tym wszystkim odnajduje?

Wiesz, nie zawsze czuję się z tym szczęśliwy. Gdy tworzysz taką sytuację fabryczną, która ma sprzyjać twoim różnym poczynaniom: muzycznym, literackim, czy filmowym i przy okazji starasz się stworzyć platformę, by paru przyjaciół pociągnąć za sobą, to motasz się w różne konwenanse...

Czyli to jest forma poświęcenia z Twojej strony?

I tak i nie. W jakim sensie tak, bo angażuje kasę z telewizji w wytwórnię. Może lepiej bym na tym wyszedł, gdybym kupił sobie dziesięć tysięcy metrów ziemi i domek.. .ale ja się tym nie martwię, bo wiedziałem od lat, że muszę w to zainwestować. Bo tych płyt nie było, swoich kompaktów także nie zauważałem na półkach i pomyślałem, że nikt nie zrobi tego lepiej niż ja sam. To jest działanie we mgle, bo ta kasa: sto, dwieście, trzysta tysięcy, może pójść donikąd i się nic nie stanie... Z drugiej strony płyty zostaną. Na razie sprawdzamy rynek, sondujemy go. Staramy się, żeby płyty były tanie i żeby była atrakcyjna oferta, tak żeby ludzie automatycznie kojarzyli Biodro z dobrą muzyką gitarową. A jeśli chodzi o różne moje zadania życiowe, to trochę teraz przydarzyła mi się taka klęska urodzaju. Kiedy zginął Jacek Olter, gdy rozpadły się Kury i Miłość, zostałem sam, bez grosza przy duszy i bez zespołu. Teraz zbudowałem sytuację na nowo. Działa na zasadzie takiego mechanizmu wielu kółek zębatych i stąd właśnie moim głównym źródłem utrzymania nie jest w tej chwili muzyka, a pisanie. Piszę felietony do Wyborczej, Dziennika, prowadzę bloga dla WP i to mi spłaca kredyty. Utrzymuję z tego rodzinę i topię pieniądze w wytwórnię z nadzieja, że te pieniądze, nawet na ilości tych wszystkich płyt z naszej oferty, zaczną w końcu kapać. Nie chodzi głównie o kasę, bo to jest raczej sytuacja ideowa, ale trzeba o nie dbać, bo bez sensu jest je wyrzucać w błoto, robić coś źle.

A masz świadomość, że jesteś przez wielu ludzi traktowany jako autorytet?

No, miło mi to słyszeć, to jest dla mnie duża satysfakcja. Wiesz, w tym roku będę miał 40 lat i cały czas czuję, że inspiruje mnie energia bardzo młodzieńcza. Mam ciągle w sobie idealizm, mam ochotę promować nie tylko swoje rzeczy, ale także kumpli, którzy sobie gorzej radzą. To wszystko mi dodaje sił. Czuje się generalnie dobrze, jestem w kwiecie wieku, nie czuje, żeby mi stawy wysiadały, żebym na przykład nie mógł nosić swoich wzmacniaczy. Owszem są takie sytuację, że jedziesz dla przykładu na koncert do takiego Tarnowa, po występie w jakimś tam Krakowie, czy Warszawie, gdzie jest 200, 300 osób i spotykasz tam na miejscu publiczność, która składa się z dwóch hiphopowców, jakiegoś dilera i dwóch punków, którzy się zagubili w latach 80 i nie wiedzą o co chodzi... Wtedy zastanawiasz się: "po co ja to robię i po co ja tu jestem"... Ale generalnie publiczność jest przytomna i gdy przychodzi ktoś do mnie po koncercie i mówi "stary inspirujesz mnie, dzięki tobie zrozumiałem, że mogę robić rzeczy, których się nie spodziewałem" - to jest właśnie to.

Ale to nie jest żadna sztuczna siła, typu dragi...

Widzisz, że jestem teraz trzeźwy. Na to wpłynęło wiele spraw. Nie jestem trzeźwy w stylu Straight Edge, to po prostu w moim przypadku jest higiena. Ja źle znoszę pijaństwo, czy dragi, których etap mam już za sobą. Zawsze byłem ostrożnym podróżnikiem, próbowałem rożnych rzeczy pojedynczo, podwójnie - nigdy nie robiłem za dużo głupot. Jak każdy popijałem sporo piwa, ale przy tej pracy, którą ja wkładam teraz w muzykę nie mam siły się budzić na kacu i działać... Chociaż muszę ci powiedzieć, że działamy w piekle, gdzie każdy chce w klubach polać ci wódy i się z tobą najebać, ale jakoś sobie radzę, bo mam te wolę... no ale jak trzeba, to wiadomo, nie wylewam za kołnierz, tylko, że robię to naprawdę z rzadka, gdy sytuacja na to pozwala. Ale wracając jeszcze do kwestii autorytetu... zadzwonił do mnie ostatnio chłopak Ani Dąbrowskiej - Paweł Jóźwicki. Ten człowiek dzwoni do mnie co parę miesięcy, co rok i pyta się, czy napiszę muzykę dla Krzyśka Krawczyka, dla Brodki... moja odpowiedź brzmi zawsze "nie", bo mówię mu, że ma 200 innych, którzy zrobią mu to w ciemno, do tego całując go w ręka, a ja tego nie muszę robić... Na co on mówi: "czemu tego nie zrobisz ch*ju?", ja odpowiadam żartobliwie: "dlatego ch*ju, bo mam 40 lat i udowodniłem sobie, że nie muszę". Przeżyłem życie z godnością, wiadomo, że każdy ma grzeszki na sumieniu, ale nie musiałem dawać tyłka, nie musiałem nigdy w życiu robić muzyki, której nie chciałem. Nigdy nie nienawidziłem siebie i swoich piosenek. Przetrwałem w tej sytuacji praktycznie pół wieku i mam do siebie szacunek. Więc Józek może dzwonić co rok i zawsze będę mu mówił nie, bo nie muszę. To jest sytuacja przyjemna, wiem, że nie umrę, że dam sobie radę.

Co teraz porabiasz?

Kończę właśnie płytę "Free Tibet" z Yass Ensemble, reedycje płyty "Don't Panic" po angielsku, napisałem 1/3 musicalu "Polskie Gówno" , który będziemy kręcić w sierpniu z Grzesiem Jankowskim. W maju z Filipem Dzierżawskim robimy film dokumentalny o grupie "Miłość". Przy okazji napisałem teksty do musicalu dla Kapeli Ze Wsi Warszawa, na deski teatru - premiera 11 kwietnia na PPA. Oprócz tego, tak jak wspominałem piszę te felietony, prowadzę bloga i piszę recenzję... ja po prostu jestem fabryką.

Ale chyba bardzo dobrze prosperującą, raczej nie narzekasz?

Wiesz, są takie momenty, gdy jest tego za dużo. Gdy muszę poświęcić 12 godzin na zdjęcia, a w międzyczasie napisać felieton na kolanach, to jest to fabryka twojego własnego pomyślunku, twojej własnej koncepcji. Ale nie mam do siebie żalu, bo zawsze można iść do stoczni, czy biura i słuchać idioty szefa - więc nie ma co narzekać.

Całość do odsłuchu TUTAJ

Z przyjemnością pogadał:

Łukasz Dolata

www.eldolatte.pl

POLECANE RADIA