On Air Festival już za nami! Zobaczcie, co się działo na warszawskim Bemowie [GALERIA]

Marlena Sudak
11.09.2022 23:25
Celeste

Celeste (fot. Marlena Sudak)

Za nami dwa dni pełne muzycznych wrażeń. On Air Festival zadebiutował w tym roku na warszawskim Bemowie i trzeba przyznać, że spisał się na szóstkę z plusem. Było to festiwalowe zakończenie wakacji, którego lepiej nie mogliśmy sobie wymarzyć.

Nowa festiwalowa propozycja na mapie Warszawy

Festiwal On Air Festival wystartował w tym roku po raz pierwszy i jest to zupełnie nowa jakość wśród muzycznych wydarzeń, które do tej pory mieliśmy szansę poznać. Przez dwa dni organizatorzy zaserwowali nam mieszankę różnych stylów muzycznych adresowanych nierzadko do bardziej wymagających słuchaczy. Mieliśmy tu pełen przekrój: od elektroniki aż po wysmakowane R&B, które jak się okazuję idealnie współgrało z resztą line 'upu.

Dzień 1

Pierwszy dzień festiwalu powitał nas jesiennym chłodem, który początkowo nie zachęcał do tanecznych pląsów pod sceną.

Na szczęście brytyjska wokalistka Jorja Smith wiedziała, jak skutecznie rozwiać te obawy  i od samego początku czarowała nas swoim sensualnym głosem w piosence "Teenage Fantasy", która pochodzi z jej debiutanckiej płyty "Lost & Found". Potem było już tylko lepiej. Artystka wspierana przez trzyosobowy chórek śpiewała piosenki ze swoich dwóch ostatnich albumów. Wśród nich znalazł się utwór "On My Mind", który Jorja zaśpiewała w nieco innej akustycznej aranżacji. Na koncercie nie zabrakło też hołdu dla nieżyjącej Amy Winehouse. Wokalistka zaśpiewała jej największy hit "Stronger Than Me", którym zelektryzowała publiczność.

Po zmysłowym R&B w wykonaniu Jorji nadszedł czas na elektronikę w najlepszym tego słowa znaczeniu. Tuż po niej sceniczne stery przejął jej rodak - Jamie xx - który znany jest szerszej publiczności z zespołu The xx. Przed festiwalowiczami zaprezentował m.in. remix "On Hold" czy "Gosh", znany z jego solowej płyty "Colour". 

W międzyczasie do tańca na TENT Stage zachęcał set DJ-ski znanego zespołu Royksopp, który nie pozwalał na to, by publiczność tak łatwo opuściła teren festiwalu. Trzeba przyznać, że rytmicznych podrygów zachęcili sporo osób, serwując elektronikę w najlepszym tego słowa znaczeniu. 

Tak zakończył się pierwszy dzień, który nie rozpieścił pogodą, ale zachwycił wysokim muzycznym poziomem i zachęcił, by wrócić po więcej.

Dzień 2

Po udanym pierwszym dniu festiwalu wiedzieliśmy, że będzie tylko lepiej. Wszystko za sprawą artystów, po których spodziewaliśmy się najlepszej muzycznej uczty dla naszych uszu. Nie zawiedliśmy się.

Prawdziwa eksplozja nastąpiła, gdy na scenę wyszła Celeste. Jej niezwykła barwa głosu przeniosła nas w zupełnie inny wymiar. Jej wrażliwość zaprosiła nas do świata, w którym główną rolę grał jej talent. Artystka poruszyła niesamowitą siłą głosu i emocjonalnością, z jaką śpiewała jeden ze swoich największych przebojów "Stranger". Ta piosenka z pewnością mogłaby trafić do jednego z filmów o przygodach Jamesa Bonda. W hipnotyzowaniu nas głosem, pomagał jej zespół fantastycznych muzyków, którzy niczym wysmakowani surferzy z lekkością pływali po niełatwych, jazzowych harmoniach.

Po Celeste nadeszła pora na muzyczną teleportację w czasie. Mowa o zespole "The Kooks", który przywitał nas melancholijnym utworem "Seaside", przywodzącym na myśl przeszłość i czasy ich debiutu. Charyzmatyczny wokalista Luke Pritchard nawiązał świetny kontakt z publicznością i skutecznie zachęcił do śpiewania swoich największych przebojów, wśród których znalazło się słynne "Naive".

Po energetycznym koncercie Brytyjczyków przyszła kolej na polską reprezentację, czyli Ralpha Kamińskiego. Wokalista zaprosił nas do TENT Stage na swój bal, na którym znalazło się więcej niż sto par chętnych do tańca w rytm jego przebojów. Wśród utworów z najnowszej płyty "Bal u Rafała" znalazło się również miejsce dla coveru piosenki z repertuaru Ireny Santor "Już nie ma dzikich plaż" oraz utworu "Kosmiczne energie" z płyty "Młodość". Ten drugi dosłownie porwał wszystkich na kosmiczną planetę Ralpha. Całość dopełniała wspaniała oprawa wizualna i roztańczony zespół, który dotrzymywał wokaliście kroku przy szybkim muzycznym tempie.

W końcu nadszedł czas na gwiazdę wieczoru, czyli australijski zespół Tame Impala. Muzycy od pierwszego dźwięku zabrali nas w psychodeliczną podróż, która mogłaby dla nas nigdy się nie kończyć. Oprawa wizualna ich koncertu sprawiła, że dosłownie zabrakło nam słów w ustach. Gra świateł, efektowne lasery stanowiły jedną wspólną całość z nieziemskim wokalem Kevina Parkera.

Tak brzmiało zakończenie festiwalu, który z pewnością poruszył i rozgrzał niejedną osobę na publiczności.

Nie możemy się doczekać już tego, co organizatorzy zaserwują nam za rok i trzymamy kciuki, by tym razem pogoda rozpieściła nas bardziej i dorównała temperaturze na scenie. Do zobaczenia!

POLECANE RADIA