Fabryka małp, czyli "Idolowe" poszukiwania muzycznych marionetek!

Victoria Banach
24.02.2017 13:36
'Idol'

'Idol' (Fot. TVN)

Po ponad 10 latach na nasze ekrany powrócił program "Idol". W Polsacie wyemitowano już 2 odcinki najnowszej, piątej edycji. Zdążyliśmy już nawet znaleźć pierwszego antyIdola, w postaci Zbyszka śpiewającego "Orki z Majorki". Skoro talent show zniknął z wizji tyle lat temu, to dlaczego teraz powraca? Czy poszukiwania ideału, bożyszcza tłumów, kiedykolwiek się skończą? A właściwie, to czy my wiemy kogo szukamy i po co? Czy jest szansa odkryć kogoś oryginalnego, kto porwie tłumy swoją charyzmą i naturalnością?

Zacznijmy więc od samego początku. Kim właściwie jest ten idol? Według słownika języka polskiego, to osoba będąca obiektem czyjegoś szczególnego podziwu, graniczącego z kultem. Wydawałoby się, że to niemożliwe, aby jedna osoba była tak wspaniała i godna podziwu, i skupiała na sobie miłość i adorację setek tysięcy ludzi. Przecież na pewno nie raz, nie dwa usłyszeliśmy "jeszcze się taki nie urodził, co by wszystkim dogodził". W obecnych czasach idoli mamy aż zanadto. Mnóstwo gwiazd i gwiazdeczek, celebrytów znanych jedynie z tego, że są znani. Tak naprawdę sprowadziliśmy miano idola do pustego hasła, bo może nim zostać każdy. Skoro już mamy na rynku przesyt wszelkiej maści bożków, to po co ta ciągła potrzeba produkowania kolejnych, za pomocą takich programów jak "Idol"?

Każdy kanał ma swoje talent show

Właśnie... Przecież "Idol", to nie jedyny taki program. Wszędzie dookoła bombardowani jesteśmy różnymi talent show. Na każdym kanale ktoś umie śpiewać. Jak to możliwe, że ludzie patrząc na słaby efekt wygranych czy jakiejkolwiek promocji w takim hicie, nadal startują? Często w każdym z nich widzimy te same twarzy - w myśl zasady "nie ten, to następny". Z drugiej strony, który prawdziwy "artysta" chce brać udział w projekcie, w którym wszystko narzucone jest mu z góry. Każda piosenka, każdy strój i aranżacja na scenie - nie masz tak naprawdę swojego zdania w takiej sytuacji. Kawałki, które śpiewasz wybierasz z określonej listy. Twój "nauczyciel" mówi Ci jak zaśpiewać, jak poruszać się na scenie. Tym samym, nie masz pewności, czy przypadkiem nie lepiej dla oglądalności programu będzie, jeżeli coś pójdzie nie po Twojej myśli. Być może jurorzy uznają, że strój czy interpretacja były kompletnie nietrafione. Ciężko zrzucać na wizji winę na kogoś innego, bo blado to wypada wizerunkowo - zarówno dla Ciebie i dla samego show. Zupełnie nie ma w tym Twojej wolności twórczej, nie ma prawdziwego Ciebie.

Zaśpiewaj mi swoją historię, czyli jak się sprzedać

Pomimo tego, iż decydując się na udział w programie, musimy zamknąć nasze własne artystyczne "Ja", w swoistym więzieniu, ciągle nas do nich ciągnie. Dzieje się tak, gdyż - trudno to przyznać - każdy z nas po cichu pragnie sławy. Choć przez dzień mieć ogrom pieniędzy, być rozpoznawalnym, czerpać korzyści ze swojej popularności. I owszem, wiadomo, w życiu są ważniejsze rzeczy, mamy inne priorytety, wciąż powtarzamy sobie, że tak naprawdę życie gwiazd jest piekielnie uciążliwe, ale nie ma dnia, byśmy sami nie gonili za dobrze płatną pracą, lepszymi ubraniami, fajnym autem czy najlepszą fryzurą, właściwie dążąc do dostatniego życia. Dlatego właśnie wciąż chcemy zostać Idolem. Z tak prostych powodów zgłaszają się ci, którzy za bardzo talentu nie mają i właściwie oglądamy ich, bo producent uznał upokorzenie kogoś za śmieszne. Z tych samych startują prawdziwie uzdolnieni muzycznie, którzy chcą zostać odkryci. Tylko za jaką cenę? Żadną tajemnicą jest fakt, że idąc do takiego programu dobrze jest przygotować jakąś łzawą historię, o ciężkim życiu. Sprzedaj siebie, ludzie będą Ci współczuć, polubią Cię, będą na Ciebie głosować. Pytanie tylko po co? Czy nie można oprzeć programu poszukującego prawdziwego talentu na... prawdziwym talencie? Tylko po co, skoro można iść po linii najmniejszego oporu.

W programach typu "Idol", wszyscy marnują swój czas na kreowaniu wizerunku by wygrać, zamiast spędzić go na szlifowaniu umiejętności. I nie chodzi tylko o uczestników, ale także o ludzi, którzy ich prowadzą, o każdego człowieka w produkcji, o członków jury, którzy, zdaję się, teraz także są kimś w rodzaju celebryty. A my sami, nie wkładając wysiłku w drodze do bycia Idolem, liczymy, że po linii najmniejszego oporu podbijemy świat. Takich zwycięskich "Brodek", które prowadzą swoją karierę jak chcą, jest niewiele. Większość kandydatów - niestety - kończy jak reszta tych, których nazwisk nawet nie pamiętamy. Część zostawiła muzykę zupełnie. Tak, jakby ich występ w "Idolu" ostatecznie zamknął im drogę do powodzenia albo odebrał im chęć do bycia muzykiem. "Ktoś" został politykiem, inny został analitykiem, ten wyjechał z Polski, a tamten nadal startuje w innych podobnych programach. Na niektórych zaś ciąży średnio udany debiut i nie wygląda na to, by udało im się wygrzebać z dołka, wykopanego za pomocą "idolowych" producentów. W tym miejscu polecamy przypomnieć sobie słynną "Jajecznicę", nagraną przez zwyciężczynię pierwszej polskiej edycji "Idola", Alę Janosz.

Być może próbujemy odnaleźć kogoś, kto nie jest tylko pozornie wspaniały. Dlatego nieustannie trwamy w polowaniu na nowych idoli. Z drugiej jednak strony, utrudniamy sobie to zadanie skupiając się nie na tym, co trzeba. Być może upragnionego Idola zwyczajnie przegapiliśmy, bo nie miał wystarczająco smutnej historii, albo nie pozwoliliśmy mu rozwinąć skrzydeł, bo wolimy miałką treść. Warto usiąść, skupić się, wsłuchać się, wymagać więcej, żeby każdy wyciągnął dla siebie najcenniejsze. Czyż nie taka powinna być rola idola? Powinien być przykładem, wyjątkiem, czymś do czego sami dążymy.

Zobacz więcej na temat:

Skomentuj:
Zaloguj się

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX

POLECANE RADIA