Festiwal MTV Gdańsk Dźwiga Muzę - satysfakcja dnia pierwszego

12.07.2009 09:15
BRMC

BRMC (BRMC, fot.mat.prasowe)

Black Rebel Motorcycle Club miał być dla mnie wczoraj wisienką na torcie. Wyszło jednak na to, że był całym tortem. Ale za to jakim!

Nie oszukujmy się - to nie występujący wcześniej Manchester, Afromental, Patrycja Markowska i Golden Life przyciągnęli na Plac Zebrań Ludowych publiczność. Sobotni koncert miał należeć do Black Rebel Motorcycle Club i Joss Stone. Wokalistce lekarz zabronił śpiewać, o czym nie tylko organizatorzy dowiedzieli się niemal w ostatniej chwili - 17-osobowy zespół towarzyszący Stone dotarł już do Gdańska i był gotowy do występu.

Pierwszy dzień festiwalu otworzył występ Manchesteru. Zespół dwoił się i troił, żeby rozruszać Gdańską publiczność. Ta jednak się nie dwoiła i troiła - Plac Zebrań Ludowych bardzo długo był prawie pusty. Większość posiadaczy biletów odstraszył pewnie padający kilkakrotnie w ciągu dnia ulewny deszcz. A może po prostu - jak to powtarzała nieznana mi pani, z którą siedziałam w przedziale pociągu do Gdańska - "nie chciała oglądać jakiejś tam Patrycji Markowskiej".

Trochę życia wprowadził w niewielką, zebraną pod sceną grupkę słuchaczy Afromental. Nie przeszkodził nawet deszcz, który pokapywał pod koniec występu. Ale porządna zabawa - ku mojemu zaskoczeniu - zaczęła się dopiero po wejściu na scenę rzeczonej Patrycji Markowskiej. Co prawda rockandrollowy wizerunek wokalistki był trochę karykaturalny - co podkreślały dodatkowo jej komentarze o tym, że będzie bardzo szczęśliwa, jeśli ktoś zajdzie w ciążę podczas jej występu oraz że mamy za nią dużo wypić - ale trzeba przyznać, że śpiewała dobrze i bardzo się starała nawiązać kontakt z publicznością. Jedynie jej próby wykonania klasyków "Satisfaction" i "Twist And Shout" pozostawiły u mnie pewien niesmak - do rocka było im daleko. Całe szczęście już wykonanie "All Right Now" pozostawiła śpiewającemu w chórku Marcinowi Koczotowi.

To, że podczas koncertu Patrycji Markowskiej publiczność zaczęła się dobrze bawić, nie znaczy, że było jej dużo więcej. Wszyscy ci, którzy nie wiedzieli o zmianie godzin koncertów w związku z odwołaniem występu Joss Stone, pojawili dopieroo godzinie 20.50, o której to miał zacząć grać Black Rebel Motorcycle Club. Byli pewnie zaskoczeni, kiedy na scenie o tej porze zobaczyli Golden Life. A zespół zagrał bardzo dobry koncert, podczas którego - w ramach swoistego deja vu - publiczność drugi raz tego dnia usłyszała "Statisfaction".

Występy na dużej scenie przeplatane były krótkimi koncertami na drugiej, dużo mniejszej estradzie. Wystąpili na niej TKM, Fabryka, Kciuk & The Fingers i Skinny Patrini. Położenie sceny było zarazem sprytne i niefortunne. Znajdowała się ona blisko obiektów z gastronomią, więc "zapędzenie" publiczności w jej okolice skutkowało zwiększeniem obrotu watą cukrową, zapiekankami i kiełbaskami, ale namioty, w których można było je kupić, dość skutecznie zasłaniały występujące właśnie zespoły.

Występ największej (jedynej?) gwiazdy pierwszego dnia festiwalu zaczął się trochę później, niż planowano. BRMC wyszli na zadymioną i subtelnie oświetloną scenę (sporo światła na perkusistkę, po jednym świetle z góry na obu panów) w czarnych, skórzanych kurtkach. Nie zabrakło oczywiście papierosa w ustach Petera Hayesa, którego muzyk rzucił nonszalancko w kąt sceny podczas pierwszego kawałka. BRMC zaserwowali przekrój swojej twórczości - nie zabrakło ani starszych, ani nowszych kawałków, które zresztą świetnie zabrzmiały obok siebie, mimo tego że brzmienie zespołu przeszło sporą ewolucję od czasu albumu "B.R.M.C." z 2001 r. Dla mnie koncert - chociaż i kilka pierwszych kawałków także zabrzmiało świetnie - zaczął się tak naprawdę od fantastycznego wykonania "Ain't No Easy Way Out", pierwszego utworu, podczas którego Hayes "przesiadł się" na gitarę akustyczną i harmonijkę. Potem było tylko coraz więcej energetycznego i naprawdę dobrze granego rocka. Przy okazji dostaliśmy też przegląd gitar Petera i Roberta, bo zmieniali oni instrumenty niemal co utwór. Zdecydowanymi faworytami muzyków wydają się być Gibsony.


Koncert skończył się dość nagle, dziesięć minut po północy. Nie było ukłonów, nie było wyraźnego pożegnania, muzycy po prostu zeszli ze sceny. I już nie wrócili, mimo głośnych nawoływań grupy fanów. Nie można jednak narzekać - ci, którzy zdecydowali się przyjść na Plac Zebrań Ludowych, dostali wczoraj dużą dawkę porządnego rocka. Szkoda tylko, że plac - delikatnie mówiąc - nie był wypełniony ludźmi i muzycy nie otrzymali od publiczności równie dużego zastrzyku pozytywnej energii.

Iga Burniewicz

 

Festiwal MTV Gdańsk Dźwiga Muzę - więcej o imprezie

POLECANE RADIA