Niesamowity koncert króla trip hopu [galeria]

24.11.2008 15:30
Dwie i pół godziny nieokiełznanego rockowego żywiołu w wykonaniu artysty, który nazywany jest królem trip-hopu. W sobotę w Palladium wystąpił Tricky.

Niewielu jest artystów, którzy kończą swój występ bisem dłuższym niż zasadnicza część koncertu. Niewielu jest artystów, którzy nie bacząc na kontuzję (złapaną podczas gry w piłkę nożną), dają z siebie wszystko. Do nich właśnie zalicza się Tricky, brytyjski artysta uznawany za jednego z twórców trip-hopu. Do Polski przyjechał w ramach trasy promującej swój najnowszy, ósmy już album "Knowle West Boy". Podczas występu w Palladium Tricky sięgnął zarówno po starsze nagrania, np. "Overcome", "Vent" "You Don't Wanna" i cover hitu The Cure "Love Cats", jak i oczywiście piosenki z najnowszej płyty, w tym "Puppy Toy" czy "Past Mistake". Często grał je jednak w kompletnie inny sposób niż na płytach. Na żywo jego muzyka miała dwa skrajne oblicza - pierwsze to rock, rasowy, oparty na ciężkich riffach, lawinowej perkusji i basie tak ciężkim, że jego moc można by mierzyć licznikiem Geigera. Drugie to minimalne, transowe, w którym przeważała elektronika.

Koncert miał dwie odsłony. Kiedy zaledwie po godzinie Tricky schodził ze sceny, nikt nie miał wątpliwości, że wróci, ale też nikt zapewne nie sądził, że artysta da jeszcze półtoragodzinny bis, podczas którego usłyszeliśmy kilkunastominutową wersję piosenki ,,Joseph", z powtarzanymi przez Tricky'ego słowami ,,You're so special" działającymi jak zaklęcie hipnotyzera. Potem jeszcze zaśpiewał "Tricky Kid", "Council Estate". A na koniec zabrzmiało ,,Ace Of Spades" grupy Motörhead, prawdopodobnie najlepsza kompozycja rockowa w historii. Publiczność zwariowała.

Łukasz Kamiński: Często w wywiadach wspominasz o The Specials, brytyjskiej grupie grającej ska na przełomie lat 70. i 80. Czy myślisz, że twoja muzyka jest swego rodzaju kontynuacją?

Tricky: Jak najbardziej, nie tyle w sensie muzycznym, ile duchowym. To byli kolesie z parszywych dzielnic, śpiewali o codziennych problemach, ja, podobnie jak wielu moich kolegów, czułem, że ta muzyka jest dla mnie i o mnie. Nigdy np. nie ceniłem Beatlesów, nie identyfikowałem się z nimi. ,,Żółta łódź podwodna"? Tam gdzie ja dorastałem, nie pływały żadne pieprzone łodzie podwodne, była za to policja, narkotyki, przemoc, więzienie.

W jednym z wywiadów powiedziałeś, że The Specials to typowo brytyjska grupa, która mogła powstać tylko w Wielkiej Brytanii. A jak angielski jesteś ty?

- Jestem angielski aż do przesady!

A co znaczy być Brytyjczykiem w XXI wieku?

- To znaczy mieć niezwykłą umiejętność asymilacji, dostosowywania się do nowych warunków. Ale też i pewien kredyt zaufania u ludzi w innych krajach.

Gdy mieszkając w Nowym Jorku, wchodziłem do sklepu, często widziałem lekkie przerażenie u sprzedawców, którzy czuli się niepewnie na widok czarnego gościa z dreadami i tatuażami. Wystarczyło jednak, bym coś powiedział, i mój angielski akcent natychmiast ich uspokajał.

Czy Wielka Brytania wciąż dominuje kulturowo na świecie?

- Muzycznie na pewno nie. Teraz staliśmy się amerykańską kolonią. Nie mamy już takich zespołów, jak The Beatles, The Specials, Sex Pistols, które potrafiłyby zaskoczyć Amerykanów. Czy wiesz, że kiedy The Specials po raz pierwszy pojechali do USA, groził im Ku-Klux-Klan, którego członków przerażało to, że w jednym zespole obok siebie grają biali i czarni!

Tytuł twojej płyty "Knowle West Boy" oznacza "chłopak z dzielnicy Knowle West" w Bristolu. To sentymentalna wycieczka?

- To miało być takie przypomnienie, skąd pochodzę, gdzie jest moja rodzina. Przypomnienie, że jeśli moje życie, kariera runą w gruzach, to mogę tam wrócić, mieszkać u przyjaciół, znaleźć pracę u któregoś z nich.

W piosence "Joseph" gościnnie wystąpił uliczny grajek, którego usłyszałeś przed jednym ze sklepów w Los Angeles. Jak często w swojej muzyce kierujesz się impulsem, intuicją?

- Zawsze. Od samego początku kierowałem się instynktem.

Nigdy cię nie zawiódł?

- Trudno mi powiedzieć. Są płyty, które uważam za słabe, np. "Pre-Millennium Tension" czy "Angels with Dirty Faces" , choć wiem, że podobają się fanom. Wiele osób uznaje moją debiutancką płytę "Maxinquaye" za najlepszą w mojej dyskografii, ja tymczasem uważam "Blowback" i "Vulnerable" za moje najmocniejsze albumy.

Łukasz Kamiński

Źródło: Gazeta Wyborcza Stołeczna

POLECANE RADIA