Tricky - koncertowy weekend z ikoną trip hopu

22.11.2008 11:58

Fot. Krzysztof Miller / AG

Ludzie widzą we mnie muzycznego Księcia Ciemności, tymczasem jak uwielbiam piosenki pop - mówi o sobie Tricky, ojciec chrzestny trip hopu, który w sobotę wystąpi w warszawskim klubie Palladiu, a w niedzielę zagra w krakowskim klubie Studio.

Warto pamiętać o tej deklaracji, która pomaga uniknąć nieporozumień. Mogliśmy się o tym przekonać, kiedy siedem lat temu Tricky zagrał w Polsce po raz pierwszy. Na jego show w stołecznej Stodole fani czekali z nabożną czcią, spodziewając się niesamowitego widowiska - hipnotycznych rytmów, zakręconych tekstów i mrocznych, psychodelicznych brzmień kreujących nierzeczywisty klimat. Tymczasem koncert kompletnie zaskoczył. W Stodole Tricky postawił na mocne, agresywne, chwilami niemal metalowe granie, wprawiając przeważającą część fanów w zdumienie - miał przyjechać artysta okrzyknięty geniuszem muzyki pop końca XX wieku, a zagrał ktoś, kto sprawiający wrażenie gotowego zrobić wszystko, byle odciąć się od sławy współtwórcy modnego trop hopu, gatunku powstałego w połowie lat 90. w Bristolu, gdzieś na przecięciu hip hopu, soulu, dubu, popu i psychodelii.

Wcześniej nieraz dawał do zrozumienia, że ma dosyć medialnego zamieszania i uwielbienia fanów, jakie pojawiły się wraz z ogromnym sukcesem jego debiutanckiej płyty "Maxinquaye" z 1995 roku. A może był to wyraz artystycznego zagubienia, które można było zauważyć na nagrywanych wtedy przez niego albumach? Czymkolwiek było to podyktowane, jego występ w Warszawie pasował do jego artystycznego pseudonimu - bo chociaż ksywka, którą otrzymał od kumpli jako nastolatek, w brytyjskim slangu znaczy "świetny" lub "fantastyczny", można ją też tłumaczyć jako "przewrotny" czy "podstępny".

Naprawdę nazywa się Adrian Thaws. Urodził się 40 lat temu w bristolskiej dzielnicy Knowle West - rejonie o marnej reputacji. "Gdy będziesz szukał pracy, twój kod pocztowy szybko sprawi, że pozostaniesz bezrobotny" - przekonywał go podobno jeden z jego nauczycieli. "Gdy pochodzisz z takiej dzielnicy, chcąc się z niej wyrwać, masz do wyboru tylko trzy drogi: sport, muzykę albo przestępstwo" - mawia o brytyjskich realiach lider Oasis Noel Gallagher. Tricky pociągu do sportu nie miał, za to wypróbował dwie pozostałe metody. Przestępcą był marnym ("Więzienie to świetna sprawa, już nigdy tam nie wrócę" - opowiadał w wywiadach, podsumowując karierę polegającą na drobnych finansowych szwindlach), została tylko muzyka.

Jeszcze w latach 80. zakumplował się z grupą muzyków tworzących kolektyw Wild Bunch. Ekipa wkrótce przekształciła się w zespół Massive Attack, aby w 1991 roku debiutanckim albumem "Blue Lines" rzucić na kolana brytyjską prasę muzyczną. Tricky miał w tym udział - był jednym z raperów występujących na płycie i współautorem kilku piosenek. Rozstał się z zespołem, gdy Massive Attack pracował nad drugim albumem "Protection". Mimo to na album trafiły dwie kompozycje, w których maczał palce: "Karmacoma" i "Eurochild". Własne wersje tych utworów - jako "Overcome" i "Hell Is Round The Corner" - zaprezentował na "Maxinquaye". Co ciekawe, drugi z nich oparty był na tym samym motywie muzycznym (fragmencie piosenki Isaaca Hayesa "Ike's Rap II"), który w piosence "Glory Box" wykorzystała inna święcąca wówczas sukcesy bristolska grupa - Portishead. Narodziła się scena triphopowa, a oczy światowej krytyki muzycznej zwróciły się na chwilę na Bristol.

"Maxinquaye" to sztandarowe dzieło definiujące "bristolskie brzmienie". Od dynamicznego "Black Steel", przez transowe "Overcome", aż po snujące się powoli, hipnotyczne "Hell Is Round The Corner" debiutancki album Tricky'ego przytłacza dusznym i niepokojącym klimatem. Przez morze najdziwniejszych sampli (na płycie usłyszeć można fragmenty utworów Smashing Pumpkins czy Michaela Jacksona) przebijają się pełne gier słownych melodeklamacje Tricky'ego oraz wokale jego muzycznej i życiowej partnerki Martiny Topley-Bird. To w dużej mierze jej uwodzący, niezwykle zmysłowy głos sprawił, że "Overcome" czy "Hell Is Round The Corner" sprawdziły się świetnie jako singlowe przeboje.

Tricky'ego listy przebojów jednak nie interesowały. Świadczyły o tym jego kolejne projekty. Album "Nearly God" sam nazwał "kolekcją nagrań demo". Płytę "Pre-Millennium Tension" wypełnił zakręconymi, mrocznymi, w dużej mierze pozbawionymi wyrazistej struktury utworami, przez które z trudem byli w stanie przebrnąć nawet najbardziej zagorzali wielbiciele "Maxinquaye". Kolejne projekty Tricky'ego wzbudzały jeszcze większe zdumienie fanów i mediów. Na album "Angels With Dirty Faces" zaprosił do współpracy lidera thrashmetalowej grupy Anthrax Scotta Iana. Kolejną płytę "Juxtapose" nagrał wspólnie z hiphopowymi didżejami z Ameryki. Krytycy byli bezradni - mało kto odważył się jednoznacznie stwierdzić, czy mamy do czynienia z produktami muzycznego geniuszu, czy też umysłu nieco zbyt mocno otumanionego narkotykowym dymem.

Kolejne płyty pojawiały się coraz niżej w zestawieniach sprzedaży. Ale ich twórca nic sobie z tego nie robił. Podobnie jak i nie tęsknił za utraconą popularnością. Drastycznie przekonał się, jakie są jej koszty, gdy magazyn "The Face" opisał ze szczegółami rozpad jego związku z Topley-Bird, a potem brukowce rozpisywały się o jego konflikcie z innym gwiazdorem - Goldiem, którego źródłem była rywalizacja obu muzyków o względy Björk.

To właśnie taki Tricky - zagubiony artystycznie i obrażony na własny status gwiazdy - zagrał w Polsce siedem lat temu. Tym razem do Warszawy przyjeżdża zupełnie inny muzyk. Wydany niedawno dziewiąty już jego album "Knowle West Boy" pokazuje, że znów jest w świetnej formie. Ostatecznie pozbył się etykietki króla trip hopu. Jego nowe piosenki to oszałamiający kolaż bluesa, folku, country, reggae, dancehallu, electro, rocka i popu. Bawi się stylami, zderzając ze sobą bardzo odległe gatunki, chwilami puszcza oko do słuchaczy, bo jak inaczej zinterpretować to, że obok własnych piosenek nagrał też wersję hitu Kylie Minogue "Slow"?

Znów nie pozostawia wątpliwości, że jest artystą dużego kalibru. Z przeszłości pozostało mu tylko jedno - niechęć do show-biznesu. "Nie interesuje mnie gwiazdorstwo, nie zamierzam sprzedawać w wideoklipach emocji z second handu - mówi w wywiadzie dla pisma "The Wire". - Jedyne, co mnie interesuje, to nagrywanie dobrych płyt i tworzenie dźwięków, których nikt wcześniej nie słyszał".

Wygląda na to, że to ostatnie znów wychodzi mu całkiem nieźle.

źródło: Robert Sankowski/ Gazeta Wyborcza

POLECANE RADIA