Andrzej Bachleda - Time Ruines: od olimpiady do amerykańskiego jazzu

19.11.2008 15:02
Andrzej Bachleda

Andrzej Bachleda (Andrzej Bachleda - okładka płyty)

Andrzej Bachleda - w przeszłości olimpijczyk, obecnie muzyk - prezentuje płytę "Time Ruines". To bardzo amerykańskie granie - na krążku słyszymy zarówno smooth jazz, jak i folk oraz rock.

Andrzej Bachleda jest autorem wszystkich piosenek na płycie, aranżacje przygotował Renard Millet-Lacombe. W nagraniach gościnnie wzięła udział aktorka Alicja Bachleda - Curuś. Płyta dodana będzie do książki, zawierającej wywiad przeprowadzony z artystą przez Mikołaja Lizuta oraz teksty utworów.

Na płycie znajdzie się 11 utworów utrzymanych w klimacie amerykańskiego jazzu z lat 50. Albumowi dodaje smaku zamierzony przez Andrzeja Bachledę eklektyzm wynikający z jego różnorodnych fascynacji muzycznych - w utworach pobrzmiewają m.in. echa cygańskiego manouche i beatlesowskiego "Sierżanta Pieprza".

Album dostępny będzie od 19 listopada w cenie 29,99 zł w wybranych punktach sprzedaży prasy.

Płyta do kupienia również na stronie www.kulturalnysklep.pl

A to fragment rozmowy Jakuba Ciastonia z Gazety Wyborczej z Andrzejem Bachledą:

Może niedługo o panu będzie głośno. Narty zamienił pan na gitarę i został muzykiem.

- Bo chyba jednak bardziej ją kocham. Narty lubię, muzykę kocham. To taki mój prywatny ogród. Sprawia mi przyjemność. Narty założyłem, jak miałem cztery lata, ale rok później uczyłem się już gry na fortepianie.

W pana rodzinie muzyka i narty były od pokoleń.

- Muzyka od trzech generacji. Górale zawsze ją mieli we krwi. To artystyczne dusze, przecież wymyślili ciupagi, proszę też spojrzeć na góralskie domki (śmiech). W Galicji zawsze był taki tygiel narodów - Cyganie, Żydzi, wpływy z południa, wszystko to się wymieszało i powstała dobra muzyka. Pierwsze skrzypce na Podhalu miał mój pradziadek Szymon Gąsienica- Krzyś. Był przyjacielem Tetmajera, przywiózł mu je z Wiednia.

Jaka była pana droga muzyczna?

- Jako nastolatek fortepian zamieniłem na gitarę, zabierałem ją nawet na PŚ. Grałem w kapelach. W pewnym momencie robiliśmy coś w stylu Pink Floydów. Ale dużo eksperymentowałem, grałem też klasykę, śpiewałem piosenki francuskie. Byłem trochę samoukiem, bo ciągle jeździłem na nartach.


Czego pan słuchał?

- Wszystkiego! W młodości Michaela Jacksona, potem miałem okres fascynacji jazzem. Był u nas taki mechanik, który grał na klarnecie i miał mnóstwo kaset, pożyczał. Odkryłem wtedy dużo fajnych amerykańskich jazzowych rzeczy. Potem Hendrix, Led Zeppelin, Frank Zappa, King Crimson.

Tom Waits?

- Miałem 19 lat, kiedy koncertowaliśmy z kapelą w Paryżu w naprawdę niezłych klubach. Mieliśmy kontrakt, ale jeszcze wtedy trzymały mnie narty, więc rzuciłem to. Koledzy mi tego nigdy nie wybaczyli. I wtedy wpadły mi w ręce dwie płyty Waitsa. To był bardzo ważny moment, zmienił moje podejście do muzyki. Uświadomiłem sobie, że mogę robić mniej ostrą muzykę, ale jednocześnie wyrafinowaną, skomplikowaną.

Powiedział pan kiedyś, że jak się coś tworzy, to trzeba pamiętać, że robi się to dla innych, nie dla siebie.

- To jest coś, co uświadomił mi kiedyś kompozytor i przyjaciel rodziny Henryk Mikołaj Górecki, chyba największy autorytet, jaki miałem. Muzyka jest dla słuchaczy, nie dla siebie. Lubię kontakt z widownią, lubię grać i spotykać się po koncertach. To nie jest łatwa rzecz, wyjść i przez półtorej godziny sprawić, żeby ludzie nie zasnęli. Trzeba się odważyć.

Panu się udało?

- Grałem i śpiewałem po knajpach, czasem dla kompletnie pijanego towarzystwa. Raz występowaliśmy w sali, w której był tylko jeden przysypiający pijaczek. Ale pokazywał kciukiem do góry, że jest fajnie (śmiech). Wtedy był strajk autostrad we Francji, może dlatego nikt więcej nie przyszedł. Ale były też świetne koncerty dla fanów, którym podobało się to, co gramy.

Za kilka dni wychodzi pana najnowsza płyta "Time Ruines". Czego możemy się spodziewać?

- To są bardzo amerykańskie piosenki. Smooth jazz, trochę amerykańskiego pop folku, ale też spokojnego rocka.

Jedną z piosenek śpiewa pana kuzynka Alicja Bachleda-Curuś.

- Specjalnie przyjechała, żeby nagrać ten kawałek. Wyszło bardzo fajnie.

Da się wyżyć z muzyki, szczególnie takiej niemainstreamowej?

- Nie wiem, czy ludzie polubią moją muzykę. Robię to z nadzieją, że tak. Zobaczymy za parę lat. Biznesowo to jest ciężka droga, trzeba walić głową w ścianę. Na pewno jednak robię teraz to, co kocham. Chcę być zawodowcem, może nie w takim sensie, żeby zarabiać miliony, ale choćby dużo koncertować. Zresztą, nie wiem, co mógłbym innego w życiu robić. Nie jestem geniuszem finansowym, nie mam smykałki do biznesu. 

PRZECZYTAJ CAŁY WYWIAD Z ANDRZEJEM BACHLEDĄ 

Więcej o:

POLECANE RADIA