Piractwo dźwignią sukcesu?

02.08.2008 16:13

Pirackie płyty, fot.FOT. SLAWOMIR KAMINSKI / AG

Wiecie co? Należę do tej niereformowalnej grupy kolesi, którzy naprawdę nie cierpią showbizu.

Do tych dziwaków, którzy mają bardzo głęboko marketing, PR i robienie ludziom przysłowiowej "wody z mózgu". Nie, nie jestem anarchistą. Mojej koszulki nie zdobi wielka morda Cobaina, a telewizji nie oglądam dlatego, bo nie lubię, a nie na pokaz. Znacie mnie z niejednego tekstu tutaj i z innych miejsc w sieci. Dzisiaj jednak poruszę temat, który statystycznie rzecz biorąc będzie Wam najbliższy. Pogadamy o piractwie - pladze, tfu, żyle złota każdego artysty.

Historii tego zjawiska w Polsce przytaczać nie będę, bo nie od tego jest ten artykuł. Choć z drugiej strony, łezka nostalgii pojawia się w kąciku mojego oka jak przypomnę sobie, że jeszcze parę lat temu wszelkie stadiony i rynki okupowane były przez handlarzy naszego lub wschodniego pochodzenia sprzedających wszystko, co tylko mogło złamać prawo autorskie. Muzyka, gry, a potem nawet i filmy kupowane były na tony.

Ja jakoś zawsze szedłem w jakość a nie ilość i "piratów", wierzcie lub nie, nie kupowałem. Ale samo zjawisko było doprawdy niebywałe. Ludzie każdej grupy społecznej jednoczyli się w tym jednym momencie zupełnie jak w przypadku dzisiejszych zakupów w hipermarketach. Z tego samego kartonowego pudełka po ciastkach przebierali ludzie na bezrobotnym i faceci w garniakach. A później nagle łapanka. Wkracza policja, a wszyscy w popłochu biegną gdzie pieprz rośnie. Jeśli handlarze mieli cynk, to jeszcze pół biedy, ale jak nic nie było wiadomo, widowisko było jak się patrzy.

Z drugiej strony policjanci też kupowali. Nie ma się co dziwić: skoro biznesmeni stali w kolejce, to czemu nie oni ze swoimi pensjami? W tamtym czasie odpowiedziałem na pewien artykuł w czasopiśmie Internet, który dotyczył zjawiska piractwa. Pamiętam, że temat został potraktowany zbyt ogólnikowo jak na mój gust. Sprowadzenie bowiem problemu do określenia "pirat jest trzy razy tańszy" to było tylko jedno proste hasło.

Napisałem więc list, który później ukazał się na łamach gazety, gdzie zaznaczyłem, że u piratów można kupić płyty niedostępne drogą legalną w Polsce, można dostać płyty długo przed premierą oficjalną, a także uzupełnione o dodatkowe nagrania - odrzuty z sesji, remixy i inne bonusy. Była też druga strona medalu. Wiele osób kupowało kompakty, które w sklepie można było dostać legalnie za te same pieniądze. Pod tym względem nic nie zmieniło się przez lata. Dzisiaj też, choć albumy Radiohead i Nine Inch Nails można kupić za "co łaska" lub ściągnąć za darmo ze strony internetowej, ludzie wybierają siedliska nielegalnych plików przez używanie protokołu p2p. Jak mówią statystyki - z przyzwyczajenia.

 

 

Apetyt rośnie w miarę jedzenia i łatwo domyślić się, że tak jak fajnie było płacić 1/3 ceny oryginalnego nośnika, tak jeszcze fajniej było nie płacić w ogóle za czyjąś twórczość. Umożliwił to Internet, ostatnie ogniwo historii, które do dzisiaj eksploatowane jest w wiadomym wszystkim, gigantycznym zakresie. Trzeba było coś z tym zrobić. Policja zaczęła więc ścigać ludzi po domach, przeglądając dyski twarde komputerów.

Media poczęły prowadzić ogólną nagonkę na piratów, a Hirek Wrona jeździć po gimnazjach i tłumaczyć młodym czemu "tak nie wolno". No właśnie, skoro już o najświeższej generacji mowa, to ona jest tą, której część nawet nie wie o czymś takim jak sklepy płytowe. Oni najczęściej "ściągają" na potęgę tony muzyki. Na początku się temu dziwiłem, bo moim skromnym zdaniem w dzisiejszych czasach nie powstaje na tyle dużo dobrej muzyki, by nie można było jej kupować. Jednak piszę to z pozycji dziennikarza, który wyssał z mlekiem matki, a może raczej przy piwie od ojca otrzymał dar węszenia dobrych dźwięków. Mam zaufanych ludzi, którzy powiedzą mi co się święci, wiem gdy zbliża się wydawnictwo, którego nie można przegapić.

Przeciętny Internauta, ba, przeciętny Polak, nie ma w ogóle świadomości muzycznej. Słucha radia. I to nie Trójki. Nie TEJ Trójki. TA Trójka już zdechła, choć niektórzy wolą od lat powtarzać, że dogorywa. Są "hity jeden po drugim", ale o tym już przecież wam pisałem. To skąd brać wzorce? Z nowych mediów? Pewnie Przecież telewizja jest pełna wartościowej muzyki.

Już niedługo festiwal w Sopocie, a tam: Sabrina, Samantha Fox, Kim Wilde, Limahl i Modern Talking. Cholera, jest XXI wiek, więc może szukać w Internecie? Ale gdzie? W serwisie MySpace jak w całej Sieci zrobił się bałagan, który trudno wyrazić słowami. Potrzeba nieomalże cudu by wyłowić w nim ciekawe treści.

Słuchacz stanął więc między młotem a kowadłem. Z jednej strony może słuchać tego co mu dają, czyli komercyjną kichę, a z drugiej może wybierać, ale nie wie nawet gdzie szukać. Żyjemy w czasach w których nie tylko food jest fast, ale i wszystko inne. Większość osób wybiera więc to co łatwe w odbiorze, a tego kupować się nie opłaca, bo zapomni się o tym po tygodniu czy dwóch na rzecz kolejnego 3-minutowego przeboju wpadającego w ucho, wg statystyk, po 20 sekundach. Jeśli tak się nie dzieje, sprawa jest przegrana, nie ma hitu. No ale zaraz, są jeszcze poszukiwacze, prawda? Owszem, ale oni często gdy trafią na coś ciekawego, dowiadują się, że płyty jeszcze nie ma dostępnej w Polsce lub nie będzie, bo nikt tego do nas nie sprowadzi.

 

 

Jednak nie jest przecież tak źle. Sporo płyt można kupić w Polsce, ze względu na postęp technologiczny nie tylko w formie namacalnej. Tak, mamy już w kraju kilka serwisów internetowych proponujących na wzór iTunes czy Napstera (tego obecnego, komercyjnego) kupowanie plików MP3. Wszystko byłoby piękne gdyby nie ceny. O ile bowiem Amerykanie w swoich sklepach (z których my nie możemy korzystać) płacą dolara za piosenkę (2,03 zł), o tyle my płacimy 3,99 zł. Gdzie logika?

Uważnie prześledziłem zawartość polskich sklepów oferujących pliki MP3. Wiele albumów dostępnych w cenie 40 zł mógłbym kupić w wersji kompaktowej za 10-15 zł mniej. Oczywiście były wyjątki, ale ciągle brak jest bonusów dostępnych w regularnych wydawnictwach, ba, nawet książeczki w formie pliku PDF. Dlaczego tak drogo i ubogo zarazem? Przecież w wypadku sprzedaży cyfrowej odpadają koszta, którymi zawsze zasłaniały się wytwórnie: tłoczenie, drukowanie, pakowanie, transport, marża sklepu, bla, bla, bla na rzecz dzierżawy serwera, który wcale tak drogi nie jest. Z drugiej strony co się dzieje gdy sięgamy po płytę w sklepie i chcemy na własny użytek posłuchać jej w odtwarzaczu MP3? Często dowiadujemy się, że album jest zabezpieczony przed kopiowaniem, a przynajmniej opcja ta jest mocno utrudniona.

W mediach jest beznadziejnie, w sklepach nie lepiej, nawet oficjalne drogi w Internecie zdają się prowadzić donikąd. Trudno więc dziwić się słuchaczom, że zeszli do undergroundu w poszukiwaniu czegoś dla siebie. Co więcej, trudno dziwić się złości słuchaczy, którzy przyjęli to co media wpajały im przez dziesiątki lat, a mianowicie hasło: "to jest wasza muzyka, posłuchacie jej na żądanie, jeśli tylko wam się podoba". Nagle diametralnie zmieniono je i zaczęto wpajać ludziom: "nie możecie tego mieć na żądanie, to jest nasze". Kłócące się ze sobą informacje sprawiły, że nie tylko młodzi użytkownicy nie czują się źle z tym co robią, ale i starsi akceptują tę formę "dzielenia się" sztuką.

 

 

Czy artyści mają coś przeciwko ściąganiu ich muzyki z Sieci? Mam wrażenie, że nie, a jeśli tak mówią, to czysta obłuda. To bowiem właśnie popularność ściąganych piosenek nielegalnymi kanałami daje miarodajne wyniki dotyczące popularności danego artysty. Zanim Amy Winehouse czy Franz Ferdinand zaczęli szczerzyć się na czerwonych dywanach, karierę zrobili w Internecie, gdzie siłą rzeczy kolejne pliki wędrowały między użytkownikami mówiącymi do siebie: "Ty, dobre to jest!". Badania dowodzą, że płyty, które "wyciekły" do Internetu przed premierą były najskuteczniejszą formą reklamy wydawnictwa, dużo lepiej wpływającą na sprzedaż niż wykupywanie przestrzeni reklamowej w dowolnym medium. Tak narodziło się pożądanie fanów by zobaczyć "na żywo" rodzące się gwiazdy. Sprzedaż płyt? Dajcie spokój! W jednym z moich artykułów wspominałem, że artysta może liczyć na jakieś pół dolara za egzemplarz kosztującej ponad dziesięć baksów płyty. Nelly Furtado musi więc sprzedać dwa miliony sztuk swojego nagrywanego przez x czasu albumu by zarobić tyle ile zgarnęła za półtorej godziny śpiewania w Poznaniu. Na polskiej scenie widać jeszcze dobitniej, że sprzedaż płyt jest nieistotna. Feel sprzedał do tej pory 120 tysięcy sztuk swojego albumu, co patrząc na powyższy przykład pokazuje, że jest to ułamek tego co wykonawca może zarobić na sprzedaniu swojej twarzy do reklamy lub na koncertach - 45 tysięcy złotych za jeden występ. Upraszczając: tak, wykonawcy mają baaardzo głęboko fakt, że ściągacie ich muzykę, w przeciwieństwie do ZAiKSu, IFPI, RIAA i tak dalej.

Oczywiście nie mam tu na celu zgnębienia tych organizacji, bo rozumiem fakt, że zanim ów płyta (lub pliki SIC!) trafią do odbiorcy, muszą przejść pewną drogę w trakcie której sporo osób musi swoje zarobić, ale o ile prostsze byłoby zastanowienie się nad reorganizacją systemu, który po prostu w dzisiejszych czasach nie sprawdza się? Tylko że to nie jest w niczyim interesie. Piractwo musi istnieć i jedyne co należy robić przeciwko niemu to wbijać co jakiś czas szpilki, pokazując, że jest nie w porządku. Film "Zeitgeist" mówi m.in. o tym, że destabilizacja w Iraku ma być podtrzymywana, bo to złoty biznes, nie tylko dla handlarzy bronią. Ale ten schemat możemy bez trudu przenieść do każdej innej dziedziny. Czym byłby wydział antynarkotykowy bez dealerów narkotyków? Czy policjanci mogliby liczyć na wcześniejsze emerytury gdyby nie było pseudokibiców i spektakularnych akcji przeciwko nim, a najbardziej karkołomnym ich zajęciem byłoby spacerowanie po parkach? Czy potrzebne byłyby nam mądrości inteligentnych ludzi, gdyby nie mieli o czym i kogo pouczać? Piractwo nie zginie, bo nikomu to nie jest na rękę. Co jakiś czas tylko w drodze losowania, pech padnie na następnego Jasia Kowalskiego, który będzie musiał zapłacić za zjawisko, które wszyscy kochamy. Kupuję oryginalne płyty, ale czasami jestem swoim postępowaniem strasznie zniesmaczony.

 

Marcin Kubicki

 

Tekst pochodzi z serwisu Muzyczna.pl - redakcja Infomuzyki nie zgadza się z niektórymi tezami autora felietonu, ale uważamy opinie tutaj przestawione za ciekawe. A jakie jest Wasze zdanie?

 

Więcej o:

POLECANE RADIA