Maryla Rodowicz: Niepolityczne wybryki [wywiad]

redakcja
15.10.2012 01:00
"Miałam leżeć krzyżem w kościołach jak niektórzy i udawać kogoś, kim nie jestem? Gdybym buntowała się koniunkturalnie w latach 80., byłabym niewiarygodna wobec swojego sumienia..." - zapraszamy do lektury wywiadu Mikołaja Lizuta z Marylą Rodowicz.

Początki

 

Maryla Rodowicz : (...) Prawdziwa popularność spadła na mnie po Festiwalu Opolskim w 1969 r., kiedy dostałam z przydziału piosenkę 'Mówiły mu...'.

Mikołaj Lizut: Dostała pani z przydziału? Kto przydzielał piosenki?

Komisja opolska. Takie były czasy. To był walc. Z tego walca zrobiliśmy country 'Mówiły mu, że łotr'. To był hicior - siedem bisów. Wiem, bo moja mama liczyła. Potem w następnym roku też kolejny hit, też z przydziału - 'Jadą wozy kolorowe'. Nie bardzo mi leżały te piosenki. Wtedy mocno siedziały we mnie protest songi. Słuchałam tych folkowców amerykańskich, a hity pisane przez Stefana Rembowskiego były mi obce muzycznie, chociaż bardzo zgrabne.

Skąd pani znała piosenki Boba Dylana?

Zaraził mnie nimi Bogdan Olewicz. Takiej muzyki może nie było w mediach, ale był przecież drugi obieg. Płyty krążyły między ludźmi. W klubach studenckich działy się bardzo ciekawe rzeczy, offowe i zbuntowane. Działały kabarety, Jonasz Kofta, Adam Kreczmar.

W Stodole Andrzej Śmigielski zrobił przedstawienie oparte na artykułach Arta Buchwalda ostro krytykujących politykę amerykańską. Trwała wojna w Wietnamie. I ja tam śpiewałam piosenki w stylu 'Gdzie twoja dusza, Ameryko?' czy ironiczną 'Mam chłopca w CIA'.

PZPR też potępiała 'amerykańską agresję na Wietnam'.

W Polsce to miało, niestety, inny kontekst. A my chcieliśmy być hipisami jak w USA. To był bunt dość powierzchowny, ograniczony, estetyczny. Byłam przeciwieństwem zastanej estrady, tych piosenkarek w złotych sukniach, na szpilkach. Ubierałam się jak dziecko kwiat. Na festiwalu w Opolu wystąpiłam boso. Polscy hipisi nie buntowali się przeciwko konsumpcyjnemu modelowi życia, bo w PRL-u tej konsumpcji prawie nie było. Wszyscy żyli biednie.

Nawet takie gwiazdy jak pani?

Nie było z tego wcale dużej kasy, więc te gwiazdy nie mieszkały za wysokim murem w pałacach, tylko jak wszyscy. Przez całe lata 70. mieszkałam w wynajętych mieszkaniach, w '79 zamieszkałam w spółdzielczym mieszkaniu na Ursynowie. A grałam dużo, po 300 koncertów rocznie. Moje honoraria starczały na utrzymanie, wynajęcie mieszkania i używany samochód. I to nie zawsze.

Przecież jeździła pani porsche!

Boże, to był mój jakiś straszny kaprys okupiony wieloma wyrzeczeniami. Zakochałam się w tym samochodzie i w końcu go kupiłam. Był stary, mocno zdezelowany, bez przerwy się psuł i spłacałam go wiele miesięcy. Ale chciałam mieć porsche i dopięłam swego. Ten samochód w latach 70. wywoływał na ulicy znacznie większe zamieszanie niż ja. Gdziekolwiek podjechałam, robiło się zbiegowisko.

Owszem, byłam bardzo popularna, w końcu wszyscy oglądali Opole, Sopot, ale w Polsce nigdy nie było przesadnego bałwochwalstwa, histerii wobec artystów. Nikt nie zrywał z nas ubrań jak na Zachodzie. (...)

ZSRR i PZPR

 

Jak wspomina pani występy w ZSRR?

Polska estrada była dla nich powiewem Zachodu. Zresztą nie tylko estrada. Nasza prasa popularna tam była kultowa. 'Kobieta i Życie', 'Uroda' wyznaczały trendy mody. Rosjanie uczyli się specjalnie polskiego, żeby móc czytać. Nasze filmy, książki... Dla nich to był wielki świat. Na początku lat 70. grałam w Odessie koncert razem z rockandrollowym zespołem Test, z którym śpiewał Wojtek Gąsowski.

Oni zagrali Led Zeppelin, a ja zaśpiewałam 'Let it be' Beatlesów. Publiczność dosłownie oszalała. Organizatorzy powiedzieli nam, że jeśli na drugi dzień zrobimy to samo, to spuszczą kurtynę i zakończą koncert. Tak też się stało, bo zagraliśmy to, czego chciała publiczność. Koncert przerwano, a ludzi rozgoniła milicja.

Znała pani tych wszystkich bonzów z PZPR, np. Gierka, Kanię, Jaruzelskiego?

Widziałam ich z pewnej odległości w Spodku, biorąc udział w koncertach typu Barbórka. Bliżej nie byliśmy dopuszczani. Oni nie urządzali jakichś takich spotkań z ludem czy z artystami. Ale spotkałam się z Fidelem Castro (śmiech). W 1978 r. byłam na Festiwalu Młodzieży i Studentów w Hawanie. Każdy kraj z bloku miał koncert galowy transmitowany w telewizji. Po występie polski ambasador zaprosił wykonawców, m.in. mnie, studencki zespół z Krakowa Słowianki, 2 plus 1, Czesława Niemena.

W ogrodach ambasady odbywał się bankiet. Nieoczekiwanie, bez zapowiedzi wpadli ochroniarze Fidela, żeby przeczesać krzaki, i za chwilę pojawił się Fidel. Ambasador z trzydniowym stażem był biały jak ściana. Zaczął nas namawiać: 'Może coś zaśpiewacie? Cokolwiek'. Zaśpiewałam z gitarą akustyczną 'Balladę wagonową' po angielsku. Potem było wspólne zdjęcie. To wszystko.

Teraz

 

Kiedy zaczęło się pani dobrze powodzić?

Kiedy mąż założył wydawnictwo płytowe Tra la la.. Wydał siedem płyt. Jedna z moich lepszych płyt 'Złota Maryla' z 1995 r. sprzedała się całkiem dobrze, ale radia nie chciały jej grać. Niestety - a było tam parę pięknych piosenek. Sukcesem była też 'Marysia biesiadna' inspirowana ludowymi utworami czy trzypłytowa 'Antologia'.

Czy pani zdaniem w muzyce rozrywkowej można w ogóle mówić, że coś jest obciachem?

Obciachem jest np. śpiewanie z playbacku. Ale 'obciach' to pojęcie subiektywne. Artysta się podoba albo nie.

A zaśpiewałaby pani z Dodą albo z Wiśniewskim?

Wiśniewski moim zdaniem nie śpiewa, więc z nim nie. A z Dodą? Lubię ją.

A po co był pani ten 'Gwiezdny cyrk' w Polsacie?

W tym programie byłam jurorem. Wyszła moja płyta 'Jest cudnie' i muszę ją promować. Nie ma w Polsce programów muzycznych. Nikt nie robi koncertów w telewizji. Jestem popową artystką i lubię telewizję. Kasia Nosowska czy Kazik - oni nie muszą się promować, to są artyści z innej półki.

Ale pani tak jak Kazik odmówiła w tym roku przyjęcia Fryderyka za całokształt pracy twórczej.

Bo uważam, że ta cała kapituła robi nam krzywdę, dzieli środowisko. Wymyślili, że będą nagradzać tylko pewną grupę. Śpiewam trochę dłużej, niż istnieją te nagrody. Często wydaję płyty, co dwa, trzy lata. Jakoś nie brali mnie pod uwagę przy ustalaniu nominacji. Nie istniałam dla nich. I teraz mam od nich wziąć nagrodę za całokształt - złotego Fryderyka? Co to ja jestem jakąś legendą, która już schodzi do grobu? Jeszcze żyję i tworzę. Nie odcinam kuponów z przeszłości, ale ryzykuję, nagrywając nowe płyty.

Cały wywiad z Marylą Rodowicz znajdziesz TUTAJ »

Rozmawiał: Mikołaj Lizut

Słuchaj radia Maryla Rodowicz w tuba.FM

POLECANE RADIA