wywiady

Andrzej Piaseczny w ogniu pytań Paoli Menin

Paola Menin
02.02.2012 00:01
A A A Drukuj
Andrzej Piaseczny fot. Sony Music Andrzej Piaseczny fot. Sony Music
Na scenie nie pyta "po co?" i "dlaczego?" tylko mówi "tu i teraz". Spełnienie? Wciąż jest człowiekiem drogi. Wady? Nie umie opowiadać anegdot. O nowej płycie i o życiu - tak po prostu, rozmawiam z Andrzejem Piasecznym.

P.M: Jak samopoczucie w dniu premiery nowej płyty?

A.P: Na szczęście dostałem lekkiego przeziębienia, więc to mi trochę przesłania inne odczucia włącznie z tremą... (śmiech) Bo trema z całą pewnością zawsze jest, niezależnie od tego, jak by się wierzyło w siłę własnego przedsięwzięcia. Ale też nie przesadzam z tą tremą. Jestem świadomy tego, że muzyka to takie tworzywo, na które nie ma żadnej recepty. Rozumiem, że od muzyki popularnej zawsze oczekuje się przebojowości, hitowości, co nie zawsze da się osiągnąć. Dzisiaj oczywiście kompletnie nie wiem jak to będzie z tą płytą i z tymi piosenkami, ja jakoś w nie wierzę. Zobaczymy natomiast, na ile w nie będą potrafili uwierzyć szczególnie ci moi najwierniejsi odbiorcy, którzy nie zawsze przecież pokrywają się z tymi głosującymi na listach przebojów...

„To co dobre” - to pozytywna refleksja dotycząca dotychczasowych przeżyć, hasło - mantra?

Rozwikłanie tego tematu jest bardzo proste i zawiera się w słowach tytułowej piosenki. Główną myślą, która przyświecała mi w ogóle przy pisaniu tej płyty, jest poszukiwanie każdego ułamka satysfakcji w życiu, uśmiechu, spełnienia - to wszystko zwykle mamy gdzieś obok siebie i bardzo często po prostu tego nie dostrzegamy, co powoduje, że ciagle mamy jakieś, jeśli nie większe, to inne potrzeby, ciągle szukamy spełnienia w przyszłości albo rozpamiętujemy wydarzenia, które już miały miejsce. A tymczasem trzeba przyjąć do siebie, że jest całe mnóstwo dobrych rzeczy wokół nas i naprawdę z wielu z nich możemy czerpać radość. A radość jest motorem napędowym życia, niezależnie od tego, co robimy - czy nagrywamy muzykę, czy chcemy ugotować świetny obiad - kuchnia też potrafi być sztuką! (śmiech)

Poszukiwanie radości, czerpanie satysfakcji nawet z tych najmniejszych rzeczy...  Co jeszcze stanowiło inspirację przy powstawaniu tego albumu?

To może jest dosyć trywialne, ale zazwyczaj tak jest, że przeżywanie życia jest zawsze największą inspiracją. Czasami są to historie wzięte bezpośrednio z mojego życia, a czasem historie zapożyczone z przeżyć moich najbliższych, moich przyjaciół...  Często jest tak, że ktoś mi opowiada jakąś historię, a ja ( i tym razem tak było w przypadku jednego utworu), myślę sobie „o, z tego będzie świetna piosenka!” Tworzę w bardzo emocjonalnej glinie, a ponieważ zwykle przeżywam w podobny sposób i powodzenia i niepowodzenia, i szczęście i ból, to może dlatego właśnie tworzenie w tej materii jest dosyć łatwo przyswajalne.

Jakieś wskazówki dla tych, którzy po raz pierwszy będą trzymać ten album w ręku?

Kiedy się pisze tekst, to zawsze jest to oczywiście wyraz pewnych własnych myśli. Ale piosenka jest udana tak naprawdę, choćby pod względem literackim, wtedy, kiedy sami się w niej znajdujemy. Jedyną wskazówką jest więc to, żeby usiąść spokojnie i otworzyć się, spróbować znaleźć tam kawałek siebie. Jeżeli to się uda, to znaczy, że to jest płyta dla ciebie, jeżeli nie - to nie. Nie jestem takim facetem, który powie „to jest płyta dla każdego, każdy powienien ją mieć”. To jest muzyka dla tych, na których ona działa i wierzę w to, że działa na ludzi wrażliwych. Ale wiem o tym - i dobrze, że tak jest - że po świecie chodzą ludzie różnorodni.

Świadomość współpracy z producentem samego Lenny'ego Kravitza była ekscytująca?

Tak, bezapelacyjnie ekscytująca, bo zawsze przy poznaniu człowieka takiego formatu, i w ogóle nowym bodźcom w życiu, towarzyszą takie emocje. Jak jedziemy gdzieś na nieznany ląd i wysiadamy z samolotu albo ze statku, to też się ekscytujemy. Natomiast ta ekscytacja nie mogła mi przeszkodzić w pracy, i tak się nie stało - tym bardziej, że Henry Hirsch okazał się być bardzo miłym człowiekiem. Ale i nie do końca takim dostępnym, nie do końca likwidującym tę barierę między nieznajomym a sobą samym. Na szczęście, im dłużej się z nim pracowało, tym większe to porozumienie między nami się wytwarzało. Natomiast jest to człowiek, który z całą pewnością jest kopalnią pomysłów, chociaż trzyma się zawsze pewnej wizji , pomysłu na produkcję muzyczną. W taki sposób wyprodukowana została też płyta „To co dobre”. To rzecz oparta na starych technologiach, których fascynatem jest Henry, i to był dodatkowy element, który ekscytował - widziało się stare urządzenia, stare instrumenty, które ciągle jeszcze działały na najwyższych obrotach, a on potrafił z nich zrobić ogromny użytek.

Podobno był niezwykle dociekliwy co do przesłania tekstów?

To mnie wcale nie zaskakuje - to jest jasne, że kiedy się nie rozumie języka, w którym śpiewa wykonawca, to trzeba chociaż móc zapanować nad tym, czy wyraz muzyczny zgadza się z wyrazem literackim. Więc był dociekliwy i - ponieważ on sam ma takie dosyć brytyjskie poczucie humoru - to mnie tam czołgał na temat nawet już nie samych słów i ich znaczeń, ale „dlaczego ja tak myślę?” To były niejednokrotnie dosyć długie dyskusje , bardzo przyjemne, bo przede wszystkim z dużą dozą poczucia humoru.

On też był usatysfakcjonowany tą współpracą?

Tak, wydaje mi się, że tak. Myślę, że jest zadowolony, czemu dawał wyraz niejednokrotnie. Kontaktujemy się w dalszym ciągu, może nie bardzo często, ale jednak co jakiś czas. Także wtedy, gdy pojawił się teledysk, czy kiedy miałem już w ręku płytę - zawsze wysyłamy mu wiadomości . Nie jest łatwo do niego dotrzeć, ale kiedy już się uda, to ta wymiana myśli staje się dosyć łatwa i fajna.

To może teraz czas na anegdotę z udziełem Henry'ego Hirscha i Andrzeja Piasecznego?

To jest niestety tak, że ja sam ani nie jestem mistrzem opowiadania anegdot, ani ich zapamiętywania... (śmiech) Henry za to opowiadał wiele historii. Chciałbym tu dodać, że wiele osób ma konkretne wyobrażenia o osobach rozpoznawalnych - a to jest tak, że wszyscy tak naprawdę jesteśmy tacy sami. Pamiętam, jak mówił o swoim pierwszym spotkaniu z Tiną Turner. Oczekiwał po prostu bardzo energetycznej pani - taki obraz, jaki zazwyczaj kojarzymy z Tiną. A pojawiła się pani w pełni wieku, wyglądająca na bardzo spokojną, nobliwą i okryta stosownym futrem - to wyobrażenie się kompletnie nie zgadzało z tą osobą. Po czym doszli do takiego momentu, że trzeba było nagrać kawałek piosenki. Tina zdjęła futro i nagle, zaraz jak tylko pierwszy dźwięk pojawił się na jej ustach, zaczęła być dokładnie TĄ Tiną Turner. Czyli okazuje się, że to scena, że to mikrofon, że to tego rodzaju emocje związane bezpośrednio z wykonywaniem czy tworzeniem muzyki, czynią z nas te rozpoznawalne osoby. A kiedy wychodzimy z pracy czy schodzimy ze sceny, to jesteśmy dokładnie takimi samymi ludźmi.

W twoim przypadku jest tak samo? Na scenie rodzi się nowa osoba?

Nie wiem, czy nowa...  To jest tak, że scena ułatwia kontakt z ludźmi. Ktoś, kto wychodzi na scenę i nie wie, dlaczego tam jest, nie ma prawa tam w ogóle się znaleźć. Nie wychodzę na scenę z pytaniem "po co ja tutaj przyszedłem?", tylko wychodzę zaprezentować kawałek siebie, wtedy nie ma tej bariery kontaktu - jestem troszkę śmielszym człowiekiem, takim, który nie pyta "po co?", "dlaczego?" , tylko mówi „tu i teraz”.

W jednym z wywiadów padają słowa o osiągnięciu poczucia wewnętrznej stabilizacji , z drugiej strony jednak określasz siebie wciąż jako „strasznego nerwusa”. To jak to w końcu jest?

Równowaga nie jest pojęciem, które można ująć w kleszcze jakiejś stabilizacji trwałej. Gdybym miał to zobrazować, to moglibyśmy sobie wyobraźić wagę, na której szalach ciągle pojawiają się jakieś nowe elementy rzeczywiśtości - z jednej strony pozytywne, a jakieś bolące z drugiej strony. I ta waga, dopiero kiedy ją uwalniamy z tych kleszczy, zaczyna się odrobinę wahać. Myślę, że stabilizacja to jest pojęcie ujęte w jakichś widełkach , w widełkach pewnego rozsądku, bo kiedy przeskakujemy skalę w jedną albo drugą stronę, to wtedy zaczynamy odczuwać w takiej sytuacji , że góruje nad nami ta wybuchowość, na przykład jeśli chodzi o mnie - ta stabilizacja to jest jej poszukiwanie.

W tą wybuchowość aż trudno mi uwierzyć...

To są stany, które są prowokowane przez czynności życiowe, czy to dotyczy pracy, czy to dotyczy relacji z najbliższymi To wtedy mamy się okazję sprawdzać, a to, że tego po mnie nie widać, to być może właśnie oznacza osiągnięcie jakiejś wstępnej stabilizacji.

Czy Andrzej Piaseczny czuje się artystą spełnionym? Czy może istnieje na twojej liście marzeń i planów wciąż jeszcze kilka punktów do odhaczenia?

Sztuka, nawet estradowa czy cyrkowa, to jest przede wszystkim poszukiwanie, nieumiejętność znalezienia jednego miejsca i pozycji , w której jest tylko i wyłącznie wygodnie i spoczęcia w ten sposób. Spełnienie to jest koniec jakiejś drogi. Spełnienie to jest suma doświadczeń , które się już ma na koncie i powiedzmy, że predestynuje do zajęcia takiej pozycji powiedzenia o sobie, że przynajmniej w jakiejś mierze jest się człowiekiem spełnionym . Jeśli o to chodzi, to prawdopodobnie tak - jestem w jakiejś mierze spełniona osobą . Ale na szczęście, niezależnie od tego, czy będę odnosił ogromne sukcesy czy mniejsze sukcesiki, mam mnóstwo pomysłów w głowie, które każą mi myśleć cały czas o sobie jako o człowieku drogi.

Słuchaj radia ANDRZEJ PIASECZNY na tuba.FM

Czytaj również:

Zobacz więcej na temat:

Podziel się

  • 1
  • 1
  • 2
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    3 głosy