"W każdym żyją wilki dobre i złe...", czyli wywiad z Robertem Gawlińskim

Beata Dżumaga
06.11.2012
wilki

wilki (wilki, fot. mat. prasowe)

Dziś na sklepowe półki trafił najnowszy album Wilków - "Światło i mrok". O powrocie w mistyczną, słowiańską krainę, życiowym credo, inspiracjach i roli artysty, a także o tym, jak gra się po 20 latach, rozmawiałam z wokalistą grupy, Robertem Gawlińskim.

Beata Dżumaga: Nową płytę, "Światło i mrok", wydaliście po dość długiej przerwie. Czy w związku z tym inaczej się wam nad nią pracowało?

Robert Gawliński: Nagraliśmy ją po 6 latach. W 2006 roku wydaliśmy album "Obrazki". Kiedy po roku go przesłuchałem, doszedłem do wniosku, że chociaż fajnie się nam sprzedała, jeżeli chodzi o teksty czy muzykę, trochę odpuściliśmy. Pięć, sześć numerów było bardzo dobrych, ale reszta taka dołożona... Zdałem sobie sprawę, że coś się w nas być może wypaliło.

B.D.: Może chcieliście za dużo, za prędko?

R.G.: W 2002 roku wyszła płyta „4”, po dwóch latach przerwy nagraliśmy „Watrę” i to była bardzo dobra płyta. Po kolejnych dwóch latach wdaliśmy „Obrazki”, i coś z tymi „Obrazkami” było nie tak. W moim pojęciu to chyba najgorsza płyta Wilków do tej pory - gdyby ją traktować jako całość, nie jako poszczególne utwory. I doszliśmy z Mikisem [Cupasem - gitarzystą] do wniosku, że następny album nagramy wtedy, kiedy będziemy wiedzieli, że na pewno mamy coś dobrego do powiedzenia, żeby nie było: „No dobra, trzeba teraz napisać tekst...”

B.D: I teraz przyszedł czas, kiedy wiedzieliście, że to jest to?

R.G.: Zarys tej płyty powstał w mojej głowie już wcześniej. Były napisane utwory „Światło i mrok”, „Srebrny pył”, „Czystego serca”, „Pierwsze pióro”. I te utwory wyznaczyły kierunek, w którym chciałem poruszać się w sensie literackim na tej płycie. W kontekście tekstowym to taka opowieść... Czasami jest to rodzaj mojego własnego kodeksu, czasami wręcz jest to opowieść o mnie, jak w utworze „Pierwsze pióro”, o tym, jakie postawy się dla mnie liczą - jest to taka trochę wędrówka, credo życiowe zawarte między wierszami.

B.D.: Na albumie uchwyciliście bardzo wyraźne odwołanie do pewnej sfery pozaziemskiej, sakralnej, pełnej rytuałów.

R.G.: Bardzo chciałem, żeby na tym albumie Wilki wróciły w krainę bardziej mistyczną, bardziej słowiańską czy celtycką... w krainę mistycznej zadumy. Na pewno wiedziałem, że na tej płycie ma być korzennie, duchowo, odrobinę o miłości, ale na pewno o uczuciach. I tak starałem się pisać. Tę płytę mógłby napisać facet, który 20 lat mieszkał w lesie. Bo tam nie ma nic o świecie, który docześnie nas dotyka - nie ma słowa o internecie, polityce. Jest duchowo i o uczuciach. I to tyle jeśli chodzi o teksty. A muzyka? Najlepiej posłuchać. Mogę powiedzieć, że na pewno jest to najbardziej dynamiczna płyta Wilków, najbardziej gitarowa, bo jest pięć zdecydowanie szybkich utworów na sześć średnich temp i ballad.

B.D.: Tytuł płyty - „Światło i mrok” - to zjawiska przeciwstawne. Czy wiąże się on jakoś z symboliką tego krążka?

R.G.: Tytuł wynika bezpośrednio z nazwy utworu „Światło i mrok” - padają tam słowa: „światło i mrok, kamienny krąg”... Pomyślałem, że fajny tytuł, bo zdałem sobie sprawę, że światło i mrok posiadamy tylko my, ludzie. Wszystko, co nas otacza, cała fauna i flora nie posiada w żadnym sensie rozróżnienia dobra i zła, a zarazem nie potrafi być, tak jak człowiek, kochana, świetlista jak anioł, a zarazem mroczna i potworna jak demon. Człowiek lubi mordować dla przyjemności, robi wiele złych rzeczy, jest specjalistą od wojen, konfliktów, masowego mordowania własnego gatunku. To jest w ogóle nie spotykane w świecie zwierząt. I stąd ten tytuł - światło i mrok, które drzemie w każdym z nas.

B.D.: Podobną sentencję zawarłeś w kawałku „Życie trwa”: „W każdym żyją wilki dobre i złe...”

R.G.: Śpiewam tam: „Pytasz mnie, co zrobić masz, by w końcu móc odzyskać spokój, każdy w sercu nosi zło, wystarczy nie pamiętać o tym, i kochać świat, bo żyjesz raz, przyjaciół mieć, pić dobre wino”. Coś się we mnie przełamało, bo nigdy nie tworzyłem takich tekstów. Zwykle pisałem raczej o tym, czy jutro będę jeszcze żyć - jak wtedy, kiedy byłem młody, zbuntowany, w Madame [grupa wokalisty istniejąca w latach 1984-1986]... W Wilkach były raczej mistyczne utwory, zawierające jakieś treści, ale gdzieś bardzo pomiędzy zdaniami, trzeba było samemu ich poszukać. Tutaj piszę wprost. Może to już jest kwestia wieku?...

B.D.: Indianin na okładce - znowu odwołanie do sfery mistycznej, rytualnej...

R.G.: Powstały tylko dwa zdjęcia z pióropuszem. Na koniec sesji Monika [Gawlińska, żona wokalisty i menadżerka Wilków] przypomniała sobie, że planowaliśmy zrobić zdjęcie w pióropuszu. Nagle zrobiło się niesamowite światło, a Karolina [Markiewicz, autorka m.in. zdjęć na płytę "4"] to uchwyciła. Miało trafić do środka, do książeczki, ostatecznie znalazło się na okładce. A oprócz tego - Indianin; po pierwsze wojownik, po drugie - człowiek wolny, po trzecie - żyjący w harmonii z naturą. Zawsze, kiedy widzę Indianina, przypomina mi... nas. I to też nawiązanie do światła i mroku. Miało być przypomnieniem, bo zwykle myślimy o sobie, że jesteśmy dobrzy, a to takie przypomnienie o tym, jacy bywamy...

B.D.: Na płycie śpiewasz „Świat to fajne miejsce i warto go chronić” - czy to utwór - apel, komentarz do tego, co widzisz dookoła?

R.G.: Trochę tak. Właściwie utwór powstał po obejrzeniu dokumentu o Joe Strummerze [wokaliście grupy The Clash], ikonie punk rocka lat 70. i 80. Jest taka scena pod koniec, kiedy on mówi właśnie: „Świat to fajne miejsce, a ludzie bez ludzi są niczym”. To doskonale podsumowywało jego życie - na początku zbuntowanego punkowca, potem człowieka, który nie mógł pogodzić się z tym, że zarabiając miliony śpiewa „London Calling” do robotniczej braci, która przychodziła na ich koncerty. Rezygnuje ze sławy, odchodzi z zespołu... I dziesięć lat jest niepogodzony ze sobą. Potem spotyka jakiegoś punkowca w second-handzie, pyta go, czego słucha i czy zna The Clash. A ten punkowiec na to: „A co to jest The Clash?”. I jemu spadł kamień z serca, zaczął od nowa pracować nad muzyką, tworzyć coś zupełnie innego. No i gdzieś to zdanie cały czas mi kołatało. A potem zobaczyłem taki film „SOS dla Ziemi” Luca Bessona. Przepiękne zdjęcia. Nie ma tam żadnego złego ujęcia. Film jest o tym, jak człowiek degraduje swoje właśnie środowisko. Po jego obejrzeniu rozmyślałem nad tym, kim właściwie jesteśmy jako ludzie. Wtedy wziąłem gitarę i zacząłem śpiewać: „świat to fajne miejsce”. Mój syn, Benjamin, powiedział: „Tato, zrób to koniecznie na płytę!”, wsparł mnie moralnie i postanowiłam to napisać. Okazało się, że tekst był bliski temu, co myślą moi synowie i inni ludzie w wieku 20 lat... i to jest bardzo fajne. Powinniśmy się zastanawiać, zacząć zadawań pytania. Myślę, że taka też jest rola artystów, w pewny sposób uświadamiać. Po prostu mówić, żeby ludzie cały czas słyszeli. Rola muzyka, artysty, kompozytora jest taka, że trzeba mówić o wielu rzeczach i nie bać się tego, nawet, jeśli komuś wydaje się to naiwne.

B.D.: Czego słuchasz ostatnio tak dla siebie, z artystów zagranicznych i polskich, i czy to w jakiś sposób wybrzmiewa na waszej płycie? Inspirujesz się innymi muzykami?

R.G.: Na pewno znajdą się tacy. Dla mnie niedościgłym wzorem jest płyta „Think Tank” Blur. To już dość stara płyta, ale bardzo często wracam do niej. Bardzo lubię Black Rebel Motorcycle Club - całokształt ich działalności. Bardzo lubię też Kasabian - pierwszą płytę i ostatnią. Uwielbiam Sinead O'Connor, dla mnie to jest czarodziejka, zaczarowuje rzeczywistość. Ale lubię też PJ Harvey, praktycznie w każdej postaci. Ostatnio słucham dużo hardrockowej muzyki. A jeśli chodzi o inspiracje... Jeżeli jest coś takiego, co nazywamy inspiracją, są dwa różne pojęcia - inspiracja a jakiś rodzaj złodziejstwa, jak ja to nazywam. Jak się komuś kradnie cały riff albo beat, albo cała sekcja gra tak samo jak u kogoś innego - to już nie jest inspiracja. I tak to traktuję. Mogę zainspirować się, tak jak mówiłem, filmem. To jest taka czysta, normalna forma inspiracji.

B.D.: Czy po 20 latach wciąż macie taką samą frajdę, kiedy wychodzicie na scenę, czy w porównaniu do tych pierwszych koncertów coś się jednak zmieniło?

R.G.: Zawsze się ma taką samą frajdę, bo lubimy to robić, po prostu. Natomiast zdarza się tak, że kiedy człowiek jest zmęczony, to ma mniejszą frajdę. I kiedy gramy za dużo, intensywnie, przychodzi nieraz taki gorszy koncert, i to wszyscy czujemy. Wtedy mówimy: „Dobra, przydałby się jakiś odpoczynek”. I zwykle staramy się złapać dwa, trzy dni takiej świeżości, a później znowu są świetne koncerty. To się zdarza raz na parę miesięcy. Czasem widać to zmęczenie i to, że bardzo chcemy dobrze zagrać, ale nie idzie, nie możemy się skleić.

B.D.: Jeszcze odnośnie koncertów... Gdybyś mógł sobie wymarzyć, że grasz w jakimkolwiek miejscu na świecie, gdzieś, gdzie jeszcze nie miałeś okazji - gdzie byś zagrał?

R.G.: Bardzo nas fascynowało Wembley. Zagrałem tam na dużej imprezie z innymi artystami z Polski. Robi wrażenie... Bardzo chciałem zagrać w hali Roseland. To jest taka hala w samym centrum Manhattanu. Tam grali najwięksi na świecie - i jazzmani, i rockmani. Nam udało się wystąpić tam w 2005 roku. To budowla z lat 20., powstała jako klub, tam grały big-bandy, wtedy bardzo modne, było miejsce do tańca... Później, podczas wojny, zmieniono ją na salę na potańcówki. Potem koncertowali tam najwięksi - Led Zeppelin, The Doors, Beatlesi, Stonesi... można wymieniać. I to jest piękne - wyjść na taką scenę i zagrać. To był bardzo fajny koncert.

B.D.: Są tacy ludzie, którzy w momencie, kiedy wydaliście swój debiutancki album, mieli dosłownie po kilka lat, a teraz słuchają nie tylko nowych Wilków, ale sami wracają do waszych pierwszych płyt. Jak to odbierasz?

R.G.: To mnie cieszy. Znaczy to też, że pozostawiliśmy po sobie jakąś fajną, własną wizytówkę. Kiedy rozmawiam z ludźmi, wielu z nich uważa, że pierwsza płyta to płyta „the best” w dorobku zespołu, a później stopniowo podobają im się inne, poszczególne numery. Zwykle właśnie tak jest. Trzeba też pamiętać o tym, że artysta nie może stać w miejscu, chyba że znajdzie już jakąś jedyną, wyjątkową formułę. Ja nagrywam też solowe płyty, żeby móc sobie podróżować po świecie muzycznym i poeksperymentować.

B.D.: Co sprawia Ci frajdę poza muzyką?

R.G.: Zbieram miecze samurajskie, kocham kupować nowy sprzęt muzyczny, gitary, mikrofony... No i zawsze staramy się z Moniką pomóc zwierzętom - współpracujemy z Przystanią Ocalenie. Ostatnio uratowali lisa, który uciekł z farmy lisiej, bawi się jak mały piesek, jest kochany i śliczny, tylko niestety nie da się go oswoić, ani też wypuścić na wolność. To wielka rzecz, ocalić zwierzę, to jest coś pięknego. Bardzo mi to schlebia, że mogę mówić w imieniu zwierząt, bo one przecież głosu nie mają. Zawsze będzie ich bronił i nigdy nie polubię myśliwych. Fatalne hobby.

B.D.: Co w takim razie na kolejne 20 lat?

R.G.: Na kolejne 20 lat... Chyba zdrowia (śmiech). Na pewno czas na przemyślenia. Chciałbym nagrać jeszcze co najmniej dwie płyty z Wilkami i chciałbym, żeby to były dojrzałe wypowiedzi. Nie bacząc na to, czy to będą utwory bardziej singlowe, bardziej czy mniej radiowe... Nie zwracam na to w ogóle uwagi.

B.D.: Dziękuję za rozmowę!

 

WILKI - słuchaj teraz na Tuba.FM

POLECANE RADIA