Karolina Kozak w ogniu pytań Małgosi Sońty

Małgosia Sońta
06.03.2012 14:19
Karolina Kozak

Karolina Kozak (Karolina Kozak, fot. materiały promocyjne)

O nowej płycie, współpracy z Edytą Górniak, kosmicznym tygodniu spędzonym w Stanach i emocjach towarzyszących dewastacji ?pickup'a? przy pomocy kija baseballowego, rozmawiam z Karoliną Kozak.

Małgosia Sońta: 5 marca to ważna data w kalendarzach wszystkich wiernych fanów Karoli. Po pięcioletniej przerwie wracasz z nowym albumem, nową wytwórnią, nowym brzmieniem i nową fryzurą. Czym jeszcze nowa Karolina Kozak różni się od tej sprzed 5 lat?

Karolina Kozak: To co wydarzyło się w ciągu tych pięciu lat miało na mnie bardzo duży wpływ. Przez ostatnie trzy lata prowadziłam w Trójce autorską audycję „Bez etykiety”. Patrząc na nią z perspektywy czasu, myślę sobie, że wszystkie te audycje miały wspólny mianownik. Intuicyjnie oscylowałam wokół bardzo określonych brzmień i energii. Był to też czas intensywnych poszukiwań. Mobilizowała mnie konieczność prezentowania co tydzień dwunastu utworów, musiałam dużo poszperać, co pozwoliło mi odkrywać nowe rzeczy. To wszystko zdefiniowało mnie na nowo.

M.S.: Album "Tak Zwyczajny Dzień” z 2007 roku był podsumowaniem dziewczęcego etapu Twojego życia. Jaki etap zamyka krążek „Homemade”?

K.K.: Kolejny ;) Debiutancką płytę wydałam w okolicach trzydziestki. Wtedy zebrałam wszystkie doświadczenia z trzydziestu lat mojego życia. Nowa płyta to po prostu kolejny przystanek. Starałam się na tyle na ile mogłam te najciekawsze momenty w moim życiu zarejestrować i opowiedzieć o nich w nowych utworach. Jest tutaj kilka historii, kilka rozważań, które opowiadają o tym jak postrzegam świat. Nie jest to tylko podsumowanie ostatnich pięciu lat, ale bardziej moje ogólne spojrzenie na życie dzisiaj.

M.S.: Jesteś autorką większości tekstów na nowej płycie Edyty Górniak „My”, która ukazała się 14 lutego. Widniejesz jako współautorka takich kawałków jak: „Teraz - tu”, „Find Me”, czy „On the Run”. Czyj to był pomysł? Macie w planach dalszą współpracę? Może jakiś wspólny kawałek?

K.K.: Historia pracy z Edytą ma swoje korzenie dużo, dużo wcześniej. To miało się wydarzyć już dawno, ale z różnych powodów nie doszło do skutku. Dopiero kilkanaście miesięcy temu Edyta wróciła do tematu, postanowiła powierzyć produkcję płyty Bogdanowi Kondrackiemu. Pierwszy raz zetknęłam się z Edytą własnie przy okazji kawałka „Teraz - tu”. Okazało się, że złapałyśmy wspólny język, być może jest to kwestia podobnej wrażliwości. W mojej głowie pojawiały się pomysły na to, o czym mogłaby zaśpiewać, a ona w większości przypadków łatwo się z nimi identyfikowała. Krok po kroku pracowałyśmy nad kolejnymi tekstami i finalnie uzbierało nam się tematów prawie na cały krążek. To wszystko wydarzyło się naturalnie. Z tego co wiem, Edyta nie ma zamiaru się teraz zatrzymać, być może będziemy pracować razem również przy kolejnej płycie.

M.S.: Za produkcję płyty „My” Edyty Górniak odpowiedzialny był założyciel wytwórni Jazzboy Records, Bogdan Kondracki. Wytwórnia Jazzboy wyprodukowała także Twój pierwszy album „Tak Zwyczajny Dzień”. Przy okazji nagrywania nowego krążka zmieniłaś wytwórnię na Sony Music Poland. Czy to była dobra decyzja?

K.K.: Na razie nie narzekam ;) Kiedy rok temu Bogdan odłączył się od firmy i przeniósł działalność do studia w domu, jako jego druga połowa podążyłam za nim. Wydarzyło się to w sposób zupełnie naturalny. Teraz moim wydawcą jest Sony Music.

M.S.: Bogdana Kondrackiego można ułyszeć na płycie „Homemade”. Pojawia się na niej w roli basisty. Czy na tym kończy się jego udział w powstawaniu krążka?

K.K.: Bogdan pojawia się także w chórkach, ale jego najważniejsza rola, choć mniej widoczna, to bardzo duża pomoc przy produkcji płyty. Dla Kasi Piszek, która jest producentką muzyczną "Homemade" był to zupełnie nowy temat. Obie bardzo chętnie korzystałyśmy więc z doświadczenia Bogdana. Pomógł nam w wielu technicznych sprawach. Był też naszym pierwszym weryfikatorem, niezbędnym trzecim uchem, chętnie słuchałyśmy jego rad. Jego udział w powstawaniu płyty był duży, jest nieodłączną częścią całej układanki.

M.S.: Na nowej płycie „Homemade” znalazło się dziewięć kawałków. Tylko dwa z nich w języku angielskim („Heart Pounding” i „S.A.D”). Nie ma na niej natomiast wersji angielskiej singla „Mimochodem” czyli „Embrace It”. Dlaczego? Czy nagranie kawałka w języku angielskim jest związane z planem promowania płyty poza granicami naszego kraju?

K.K.: Nie ma „Embrace It”. Uznaliśmy, że bez sensu byłoby umieszczanie na jednej płycie dwóch takich samych utworów, z tą samą linią, które różni tylko język tekstu. Teledyski do obu wersji też różnią się jedynie momentami, w których śpiewam. Jeżeli chodzi o promowanie płyty za granicą, to plany są zawsze, ale co z tego wyniknie, zobaczymy. Cała płyta powstała w dwóch wersjach językowych, poza dwoma utworami, które na płycie funkcjonują po angielsku - po polsku niestety traciły to coś, co było dla mnie istotne w tych piosenkach.
K.K.: W pierwszej fazie powstawania demówek wszystkie melodie rejestruję właśnie w języku angielskim, bo jest mi łatwiej wymyślać melodie używając miękko brzmiących słów. Po drugie jedna z moich przyjaciółek, która urodziła się w Anglii kilka lat temu przeprowadziła się do Polski i pomyślałam, że to jest bardzo dobry moment , żeby przyłożyć się do tego tematu. Monika pomogła mi nie tylko zadbać o warstwę merytoryczną, ale i bardzo rygorystycznie poprawiała mój akcent, dzięki czemu mam nadzieję, że brzmi to dobrze. Materiał jest, być może nic się z nim nie wydarzy, ale dopóki nie spróbuję to się tego nie dowiem.
K.K.: W końcu jesteśmy częścią Europy, polska muzyka coraz mniej odstaje od tej, która powstaje w Skandynawii, Islandii, czy gdziekolwiek indziej. Myślę, że Julia Marcell czy kilku innych polskich wykonawców mogłoby śmiało znaleźć się na europejskiej półce obok naprawdę mocnych nazwisk.

M.S.: W odnalezieniu wewnętrznej równowagi przy powstawaniu nowej płyty pomogła Ci nowa partnerka. Mówię o Kasi Piszek, która przy Twoim współudziale skomponowała materiał na nową płytę. Dużo zawdzięczasz Kasi?

K.K.: Pojawienie się Kasi Piszek, z którą razem skomponowałyśmy wszystkie utwory było dla mnie czymś niezwykłym. Kasi grają w duszy piękne dźwięki, które inspirowały mnie do poszukiwania nowej drogi wokalnej. Imponuje mi jej talent, zapał i prędkość z jaką się rozwija. Powierzyłam jej pieczę nad ostatecznym kształtem albumu, nie mając cienia wątpliwości, że sobie poradzi.
K.K.: Wbrew początkowym założeniom nagrałyśmy płytę z rozmachem, przy której wszystko to, co wydawało nam się nieosiągalne udało się zrealizować. Piękne smyki, za które odpowiedzialna jest orkiestra smyczkowa przeplatają się tu z elektroniką, która dodała Homemade odpowiedniego ciężaru i wspomnianego rozmachu. I myślę, że to przede wszystkim odróżnia ten album od debiutu.

M.S.: Czy możesz zdradzić swoim fanom jakieś szczegóły dotyczące trasy koncertowej promującej album „Homemade”?

K.K.: Trasa na pewno będzie. Jesteśmy w trakcie dopracowywania szczegółów. W chwili obecnej nie mogę potwierdzić żadnej konkretnej daty, ale jeśli wszystko dobrze pójdzie pierwsze koncerty odbędą się w kwietniu.

M.S.: Miksem i masteringiem albumu zajął się Andrzej Smolik. Jesteś zadowolona z efektów?

K.K.: Zawsze ceniłam Smolika jako artystę. Jego wrażliwość muzyczna jest mi bliska, znamy się też prywatnie. Mieliśmy niewiele okazji do tej pory by razem pracować, ale każda z nich była dla mnie wydarzeniem, czy to możliwość zaśpiewania w jednej z jego kompozycji pt. "Time take", czy też goszczenie go na mojej pierwszej płycie, na której zagrał piękne solo na harmonijce ustnej w utworze "Choć był jednym z nas". Było więc to dla mnie naturalne, żeby zwrócić się do niego z prośbą o zmiksowanie i zmasterowanie tej płyty. Okazało się, że Andrzej do tej pory miksował tylko swoje płyty, czuję się więc dodatkowo zaszczycona.

M.S.: Tytuł krążka to „Homemade”. Nie można go chyba jednak interpretować dosłownie? Trudno byłoby zmieścić orkiestrę Sinfonia Varsovia w domowym salonie.

K.K.: Większość instrumentów jak i wszystkie partie wokalne nagrane zostały w naszym domowym studiu. Uwiliśmy sobie gniazdo w trzecim pokoju i dzięki temu mamy możliwość realizacji nagrań. Wymyślenie tytułu płyty okazało się być dla mnie najtrudniejszym etapem z całego procesu jej powstawania. Spędzał mi sen z powiek przez ostatnie 8 miesięcy. Ciężko było znaleźć słowo, które byłoby na tyle uniwersalne, by spiąć cały materiał i powiedzieć o nim jak najwięcej, jednocześnie nie narzucając zbędnych skojarzeń.
K.K.: W końcu nadszedł taki moment kiedy wytwórnia przycisnęła nas do ściany. Trochę zdesperowane rozpuściłyśmy wici wśród znajomych. Ostatecznie tytuł płyty wymyśliła, przyjaciółka Kasi - Iva. Trafiła w punkt. Myślę, że „homemade”, mimo tego, że jest słowem angielskim, jest na tyle proste, że nawet jeśli ktoś nie włada tym językiem w ogóle to i tak odczyta i zrozumie je jak trzeba. Idealnie oddało klimat powstawania płyty, która powstawała w bardzo ciepłej i domowej atmosferze.

M.S.: Jak narodził się pomysł współpracy z uczestnikiem programu „X-Factor” i „Mam Talent”, 18-letnim Dawidem Podsiadło? Uważasz, że wywiązał się z zadania?

K.K.: Po zakończeniu etapu komponowania piosenek, zaczęła się praca nad dopracowywaniem szczegółów. Poszukiwałyśmy więc różnych brzmień, kolorów, które nadałyby swoistego charakteru każdej piosence. W niektórych momentach płyty takim dopełnieniem stała się orkiestra smyczkowa, w innym momencie były to trąbki, w jeszcze innym dźwięki, które wcale nie kojarzą się z muzyką. Miałyśmy przy tym sporo zabawy. Nagrałyśmy między innymi odgłos pumeksu szorującego po pięcie. Któregoś wieczoru przypadkiem odkryliśmy genialny dźwięk, jaki wydobywał metalowy masażer do głowy uderzający o szklany stolik. Nie udało się przetransportować stołu do studia, ale czajnik do herbaty też się sprawdził.
K.K.: W przypadku utworu „Heart Pounding” tym kolorem od początku miał być męski głos. Bardzo długo głowiłyśmy się kto to mógłby być. Wtedy Kasia przypomniała sobie występ niesamowitego chłopaka o bujnej czuprynie w jednym z programów promujących młode talenty. Nie pamiętała nazwiska, więc chwilę nam zajęło zanim namierzyłyśmy go w sieci. Kiedy w końcu odpaliła filmik z jego udziałem od razu wiedziałam, że to ON.
K.K.: Dawid ma niesamowity talent, piękny głos. Namierzyłyśmy go przy pomocy wytwórni. Myślę, że był w lekkim szoku kiedy do niego zadzwoniłam, odpowiadał półsłówkami, tak jakby nie do końca rozumiał co się dzieje ;) To było bardzo śmieszne. Czułam stres. Nie byłam pewna czy piosenka mu się spodoba, a bardzo zależało mi na tym, żeby ze mną zaśpiewał.

M.S.: Czy on był równie podekscytowany Twoim telefonem?

K.K.: To się okazało dopiero później. Przyjechał do Warszawy, gdzie spędziliśmy razem cały dzień. Nagrywaliśmy w studiu i gadaliśmy na balkonie. Wielokrotnie powtarzał ile to dla niego znaczy, że mógł tu przyjechać, jak bardzo podoba mu się piosenka. Dawid jest skromnym i fajnym gościem, który ma naprawdę dobrze poukładane w głowie. Bardzo się cieszę, że mogłam go poznać i że mieliśmy okazję razem zaśpiewać. Kontakt mailowy mamy do dzisiaj.

M.S.: Słyszałaś, że utwór „Mimochodem” jest porównywany do „Unfinished Symphaty” grupy Massive Attack? Co Ty na to?

K.K.: Tak słyszałam o tych porównaniach. Słyszałam też, że jest podobny do jednej z piosenek zespołu Depeche Mode ;) Trudno mi się jakoś do tego ustosunkować. Ja tego nie słyszę i z naszej strony nie było takiego zamierzenia. Może chodzi o pewnego rodzaju rytm, motorykę, która jest w obu piosenkach. Ale to przypadek. Prawda jest taka, że wiele rzeczy po drodze nas inspiruje i zostaje nam w głowie. Moim zdaniem to są zupełnie inne utwory. Ale w sumie, fajnie, cieszę się, że porównują moją piosenkę akurat do Massive Attack, odbieram to jako komplement. Mogło być dużo gorzej.

M.S.: Teledysk do kawałka „Mimochodem” nie był „homemade”. Był U.S.A.made. Powstał w małej miejscowości Savannah na południu Stanów Zjednoczonych. Opowiedz o tym, jak sama mówisz, najbardziej intensywnym i surrealistycznym tygodniu w swoim życiu. Czym tak bardzo urzekło Cię to miejsce?

K.K.: Było kosmicznie! Wspomnień jest masa. W każdym wyjeździe jest coś magicznego. Nowe, nieznane miejsce podnosi poziom adrenaliny. Można się zupełnie odciąć od codzienności, obowiązków, wszystkiego co może rozpraszać. Spotyka się nowych ludzi i towarzyszy poczucie, że wszystko może się zdarzyć. Nowa atmosfera sprawia też, że chce się bardziej. Wybraliśmy Savannah, ponieważ znajomy powiedział nam, że to miejsce, w którym zawsze świeci słońce. I faktycznie tak jest. A ponieważ jest to niewielkie miasto, łatwiej nam było zdobyć pozwolenia na kręcenie zdjęć w miejscach publicznych.
K.K.: Tydzień to zbyt mało, by móc wyrobić sobie solidną opinię. Prawdopodobnie gdybym tam zamieszkała, czego nie zamierzam robić, bo jest mi dobrze tu gdzie jestem, moje pierwsze wrażenie uległoby zmianie. Ale przez ten tydzień czułam się jak w bajce. Ludzie się tam ciągle uśmiechają, jest piękne światło, wszyscy we wszystkim pomagają, każdy chętnie i bezinteresownie poświęca swój czas. Będąc tam, mieliśmy wrażenie, że wszyscy tylko czekali aż przyjedziemy, by pomóc nam zrealizować plan.

M.S.: Jakie to uczucie rozwalić pick-upa kijem baseballowym?

K.K.: ...(śmiech) Fajne! Na początku nie podobał mi się ten pomysł, bałam się, że widzowie mylnie odbiorą tę scenę jako promowanie przemocy, a nie o tym jest piosenka. Piotr - reżyser przekonywał mnie, żebym mu zaufała, że będzie dobrze, że są różne sposoby wyrażania wolności. Wyładowanie negatywnych emocji na rzeczach starych, zniszczonych, którym nic już nie zaszkodzi, jest lepsze, niż np. na drugim człowieku. Próbował mnie przekonywać właściwie do samego momentu kręcenia zdjęć, jeszcze w trakcie trochę marudziłam dopóki dziewczyna, która grała w tej scenie wystraszyła się finałowego momentu. Bała się, że może ją uszkodzić rozbryzgujące się szkło rozbijanej szyby. Ktoś musiał ją zastąpić. I nagle padło na mnie. Jako dublerka jej ciała niestety przyznałam, że było to bardzo fajne uczucie. Powiedziałabym nawet - wyzwalające.

M.S.: Dziękuję za rozmowę!

Słuchaj radia - KAROLINA KOZAK na tuba.FM

Zobacz również:

Więcej o:

POLECANE RADIA